Pierwszy raz za mną


Pierwszy raz  pierwsza sesja za mną... No prawie, bo czeka mnie jeszcze jeden, ostatni egzamin, ale już bliżej niż dalej. Pierwsze koty za płoty. Nie będę ukrywać, że bałam się, strasznie się bałam, jak to będzie wszystko wyglądać. Od początku zewsząd docierały do mnie informacje, że sesja na studiach to takie zło, jedna wielka męczarnia, kucie dniami i nocami, które nie zawsze zaowocuje uzyskaniem zaliczenia. To wszystko było dla mnie takie nowe, nieznane. Nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać.

Sprawy nie ułatwiał fakt, że wszyscy nawzajem się nakręcali, opowiadając, że profesor Y jest ostry, robi egzaminy, które większość studentów oblewa albo że z przedmiotu prowadzonego przez Panią X nikt nic nie rozumie, więc trzeba zacząć zbierać pieniądze na warunek. 


U mnie strach minął po pierwszym egzaminie, który mieliśmy tuż przed świętami, w grudniu i to z grubej rury, bo egzamin był ustny. Na szczęście poszło gładko i 5 wpadła. Później wszystko zaczęło nabierać tempa od połowy stycznia. Tych egzaminów było coraz więcej, coraz częściej. 

Wśród nich były i takie, które wiedziałam, że raczej zdam bez większych problemów, ale były i takie, przed którymi nieco się denerwowałam. Wiedziałam jednak, że tylko spokój może mnie uratować, więc przed samym testem starałam się zrelaksować, zakładałam za każdym razem, że zaliczę, chociaż na 3, a nawet jeśli powinie mi się noga, to świat się nie zawali. Są kolejne terminy, poprawki. Co będzie, to będzie. Nie przykuwałam zbyt mocno uwagi do tego, co ktoś mówi o prowadzącym, o samych materiałach na egzamin. 

Ja przez cały semestr sama robiłam sobie notatki takie, z których dobrze będzie mi się korzystać, nie liczyłam na kogoś, tylko liczyłam na siebie. Wszystko, co usłyszałam czy co widziałam na slajdach prezentacji, skrupulatnie notowałam.


Pomimo że te wszystkie zaliczenia mieliśmy dość dobrze rozłożone, nie było łatwo. Czułam się w pewnym momencie mocno zmęczona. To była niekończąca się opowieść. Kilka egzaminów w tygodniu. I tak przez miesiąc. 

Starałam się nie żyć tylko sesją, a raczej w moim przypadku przed-sesją, publikować również na blogu, odpoczywać, ale jednak myśl, że za kilka dni znowu czekają mnie zmagania z jakimś przedmiotem, przyprawiała mnie o dreszcze. 

Nawet nie wiecie, jak mnie cieszy, że to już koniec. Mocno mnie to stopowało. Nie miałam siły, aby robić coś więcej. Bardzo bolało mnie to, że nie mogę, chociażby skupić się na e-booku na tyle, na ile bym chciała. Do tego ta paskudna pogoda, która zniechęcała do jakiejkolwiek aktywności. Czułam się, jakby wyssano ze mnie całą życiową energię. To było okropne uczucie!

Czy mam jakieś złote rady dla osób przed, którymi pierwsza sesja?

Chyba takim osobom powiedziałabym, aby właśnie starały się niepotrzebnie nie nakręcać, tylko niech się skupią na wyzwaniu, jakie stoi przed nimi. Ocena to tylko ocena. Te egzaminy, testy nie determinują, jakimi jesteście osobami. Wszystko zależy od tego, na jakie pytania traficie. Choćbyście mieli wszystko wykute na blachę, to czasami może okazać się, że traficie na pytania sformułowane w taki sposób, który spowoduje w Waszej głowie jeden wielki mętlik. Jeśli nie uda Wam się zdobyć wymaganej liczby punktów, są zawsze inne terminy, są terminy poprawkowe. To wszystko jest dla ludzi. Jeśli będziecie musieli z takiej opcji skorzystać, nie czujcie się gorsi, głupsi, to nie oznacza, że jesteście nieudacznikami, że nie nadajecie się na ten kierunek studiów. Nie! 

Moja pierwsza sesja była całkowicie zdalna, ale stres wcale nie był mniejszy. 


Udało mi się przez to przebrnąć, sesja to wcale nie taka góra lodowa, której nie da się przełamać. Z wyników jestem zadowolona, usatysfakcjonowana. Cieszyłabym się nawet z najniższej oceny na studiach, która umożliwia zaliczenie przedmiotów, czyli z 3. Tymczasem udało mi się zdobyć praktycznie same 4,5 i 5, więc ta satysfakcja jest jeszcze większa. Jestem z siebie mega dumna! Mam nadzieję, że dalej będzie równie dobrze. 

Powoli mogę już odpoczywać, chociaż podejrzewam, że wcale tego wolnego czasu na odpoczynek wykorzystywać nie będę a będę działać na blogu, będę dalej działać z e-bookiem. 


A dzisiejszy wpis, urozmaiciłam masą zdjęć z Lublina, czyli stolicy województwa lubelskiego. Wykonałam je pewnej słonecznej, październikowej soboty, a raczej powinnam powiedzieć, że wykonaliśmy, bo zdjęcia, na których jestem ja, zrobił mi mój siostrzeniec.

Nie mogłam ich nie zamieścić na blogu.