22:35

Kuferek dobroci na Mikołajki

Kuferek dobroci na Mikołajki

22:35

Kuferek dobroci na Mikołajki


Ho, ho, ho! Za 12 dni Mikołajki, do Wigilii pozostał miesiąc i znów pojawia się odwieczny problem - co kupić na prezent bliskiej osobie, dorosłej czy dziecku. Wielu z Was zapewne już rozgląda się za prezentami i zastanawia się, czy postawić na coś słodkiego, czy może na jakąś konkretną rzecz, gadżet, kosmetyk, zabawkę. Jak wiadomo, słodycze nie są do końca zdrowe, a kupić konkretną rzecz też nie jest łatwo, dlatego chciałabym dzisiaj Wam przedstawić coś ciekawego, coś, co ucieszy każdego, małego i dużego. Marka Porcja Dobra wypuściła niedawno na rynek świąteczny kuferek pełen tego wszystkiego, co najlepsze, słodyczy, które są w 100% naturalne i wegańskie, dlatego taki box będzie świetną niespodzianką również dla wegan. 



Pierwszą rzeczą, która przykuwa wzrok jest wykonanie boxa oraz  istnie świąteczny design, dzięki któremu nie musimy dodatkowo go opakowywać. Taki gotowy już box możemy podarować drugiej osobie lub postawić pod choinką i nic się z nim nie stanie, a co więcej będzie cieszył oko. Po otwarciu pudełka ukazuje się nam zawartość, którą box jest wypełniony po brzegi. Pomyślicie sobie, że taki box musi być bardzo drogi, patrząc na zawartość, gdyż zazwyczaj w sklepach takie zdrowe produkty do najtańszych nie należą. Tutaj Was zaskoczę - box obecnie kosztuje jedyne 41 zł na Allegro. W jego wnętrzu znajduje się aż 16 produktów. 


Wśród tych 16 produktów znajduje się 6 listków owocowych, po 2 z każdego smaku: jabłko + truskawka, jabłko + śliwka, jabłko + jeżyna. W ich składzie jest 69,5% jabłka, 30% drugiego owocu i 0,5% cytryny, i nic więcej. Taki listek jest naturalnie słodki i choć wygląda niepozornie, jest  naprawdę sycący. W zależności od połączenia owocowego każdy z nich ma też różne właściwości np. jabłko-truskawka, dostarcza do naszego organizmu potas oraz witaminę C, czym wspomaga nasz układ odpornościowy, co w okresie jesienno-zimowym jest szczególnie ważne. Jabłko-śliwka działa natomiast pozytywnie na nasz układ pokarmowy i reguluje procesy trawienia, poprawia apetyt niejadków oraz chroni przed wolnymi rodnikami. Z kolei leśne połączenie jabłkowo-jeżynowe, dzięki antyoksydantom zawartym w jeżynach, spowalnia procesy starzenia się organizmu i ogranicza występowanie chorób.


Idąc w głąb paczki, wcale nie jest gorzej. Znajdziemy w niej 6 krążków, również po 2 z każdego smaku. Krążki są idealną przekąską na szybko, kiedy chcemy coś podjeść w biegu.  Wytwarzane są z miksu suszonych owoców oraz siekanych orzechów włoskich, laskowych. Krążki z pomarańczowymi etykietkami są morelowo-orzechowe. W ich przypadku użyto orzecha laskowego. Dostarczą one do naszego organizmu witamin A i E, odpowiedzialnych za zdrowy wygląd naszej skóry. Witaminy te opóźniają procesy starzenia, poprawiają kondycję skóry, jej koloryt, nawodnienie i jędrność. Pozytywnie wpływają również na wzrok i przywracają równowagę kwasowo-zasadową organizmu. Kolejny krążek jest o smaku daktyla, jabłka, orzecha laskowego i cynamonu. Jabłko, cynamon - czuć święta. Ta wersja krążka natomiast wspomaga przemianę materii, poprawia odporność organizmu, a także wpływa na trawienie i pracę jelit. Trzecia wersja tych krążków jest daktylowo-orzechowa, zawiera daktyle, orzech włoski oraz karob, czyli zamiennik kakao, dzięki czemu spokojnie ten krążek mogą jeść osoby uczulone na tradycyjne kakao. Oprócz tego, warto wiedzieć, że karob zawiera całą gamę drogocennych minerałów, takich jak: magnez, żelazo, fosfor, potas, wapń, selen, sód, mangan, miedź oraz nikiel, bogaty jest w witaminy A, D oraz B. Ta przekąska dedykowana jest osobom, które chcą uzupełnić swoją energię, poza tym wpływa pozytywnie na układ sercowo-naczyniowy.


Krążki znajdziemy w boxie również w formie dwupaków, którymi możemy podzielić się z kimś bliskim. W środku dwupaków znajduje się niespodzianka - dobrokarta z pozytywnym słowem i grafiką na odwrocie, które wywołują uśmiech na twarzy i sprawia, że nawet ten pochmurny dzień, pełen potknięć, niepowodzeń, staje się piękniejszy, weselszy. Pamiętajcie, że #dobrotobumerang i wraca ono do nas zawsze ze zdwojoną siłą - dajemy dobro i dobro otrzymujemy. Takich dwupaków mamy w boxie aż 3.


Dobrokarty możemy również szukać w pudełku 12 kulek, które są idealnym zamiennikiem cukierków. Kulki są chyba moim faworytem z całego boxa.  W ich składzie znajdziemy tylko owoce oraz orzechy, oprócz dobrze znanych nam już z poprzednich produktów: daktyli, orzechów laskowych, suszonych truskawek, karobu, pojawiają się też wiórki kokosowe, które uwielbiam. Wcześniej nie wspomniałam, ale musicie wiedzieć, że daktyle  dają sporą dawkę energii, ułatwiają trawienie, wzmacniają odporność organizmu oraz wykazują właściwości przeciwzapalne i przeciwzakrzepowe. Taka paczuszka kulek może zastąpić bombonierkę. 

Jak widzicie świąteczny kuferek, jest faktycznie kuferkiem dobroci, tego co najlepsze dla naszego organizmu, ale także dobra, jakim możemy obdarować innych. Dzięki temu, że produkty są kolorowe, słodkie, naturalnie słodkie, a nie za sprawą sztucznych słodzików, polubią je nawet dzieciaki. Warto mieć kuferek takich przekąsek nawet gdzieś schowany w szufladzie w kuchni, aby w razie chęci na coś słodkiego sięgnąć do niego, czy w razie małej awanturki o coś słodkiego mieć co zaoferować maluchowi w zamian. Jeśli zdarzy się tak, że chcielibyście zrobić prezent komuś bliskiemu Waszego serca, ale niestety w tym roku stanie się to niemożliwe, abyście spotkali się fizycznie, nie ma problemu - możecie zamówić kuferek, podając adres tej osoby, a kurier-Mikołaj na pewno dostarczy prezent od Was. 

A czy Wy wybraliście już prezenty dla bliskich? Co sądzicie o takim prezencie? Ucieszylibyście się, gdyby ktoś podarowałby Wam taki box? 

12:31

Jessie Burton "Wyznanie" - 3 kobiety i jedna tajemnica sprzed lat

Jessie Burton "Wyznanie" - 3 kobiety i jedna tajemnica sprzed lat

12:31

Jessie Burton "Wyznanie" - 3 kobiety i jedna tajemnica sprzed lat


28 października bieżącego roku miała miejsce premiera kolejnej książki Jessie Burton - brytyjskiej autorki bestsellerów takich jak "Miniaturzystka", "Muza" czy "Marzycielki".  "Wyznanie", bo taki tytuł nosi najnowsza powieść to łapiąca za serce opowieść o trzech kobietach, żyjących w różnych wymiarach czasowych, jest jednak coś, co je wszystkie łączy... skrywana tajemnica. Książka wydana przez Wydawnictwo Literackie została uznana za bestseller przez tygodnik "The Sunday Times". To pierwsza książka autorki, którą miałam przyjemność czytać, mam nadzieję, że nie ostatnia i uda mi się zdobyć którąś z poprzednich pozycji.


Powieść została wydana przepięknie, sama okładka zachwyca i intryguje, aby zajrzeć do środka. Treść została ubrana w twardą oprawę (wiadomość dla fanów e-booków - książka dostępna jest również w wersji mobilnej), na okładce znajduję się grafika zielonego królika, w którego wnętrzu kuli się obnażona, młoda kobieta, wokół jej ciała wiją się pnącza róży. Ten graficzny motyw róży oraz królika przewija się potem w dalszej części książki. Jako że akcja powieści toczy się na dwóch płaszczyznach mamy podział na rozdziały toczące się latach 80. XX wieku, dotyczące Elise Morceau i Constance Holden oraz rozdziały dotyczące Rose Simmons, czyli już wieku XXI. Na przemian poznajemy historię z jednej lub z drugiej strony. Dodatkowo każdy rozdział, podzielony został na kolejno numerowane podrozdziały. Książkę kończy podsumowujący króciutki rozdział "Kiedy odeszła" oraz podziękowania od autorki dla bliskich. Pod względem graficznym jest to jedna z najlepszych książek dla mnie. 


Akcja rozpoczyna się w 1980 r., kiedy to mieszkająca wówczas w Londynie Elise Morceau poznaje odnoszącą sukcesy pisarkę Constance Holden. Obie postanawiają wyruszyć za ocean, do Los Angeles, aby nadzorować postępy pracy nad adaptacją filmową jednej z książek Constance. Między kobietami wykształca się uczucie - miłość pełna pasji, jednak nie kończy się ona happy endem, jakby się mogło wydawać na początku. Elise jest osamotniona, przytłoczona sławą Constance, która również ma swoje sekrety.

Ponad trzydzieści lat później Rose Simmons, za wszelką cenę  chce odkryć, co stało się z jej matką, która jak mówił jej ojciec, porzuciła ich, kiedy dziewczynka miała roczek. Ostatnią osobą, która według słów ojca widziała jej matkę jest Constance Holden, Rose postanawia zbliżyć się do pisarki, więc pod fałszywą tożsamością zatrudnia się u niej, aby wreszcie dowiedzieć się prawdy i wysłuchać wyznania.

Książka nie jest prosta pod względem tematycznym, gdyż porusza bardzo dużo trudnych tematów, współczesnych tematów takich jak związki jednopłciowe, niemożność posiadania potomstwa, niechciane ciąże, osamotnienie, porzucenie dziecka, poświęcenie, dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości. Jessie Burton zawarła tutaj wszelkie słabości ludzkie, z którymi człowiek mierzy się również obecnie. Myślę, że w tym uniwersalizmie, tym, że każdy znajdzie tutaj coś, co go wciągnie, tkwi fenomen tej książki. Powieść wywołała we mnie skrajne emocje - od smutku, przez współczucie, do uśmiechu. Autorka zmusza nas do chwili refleksji nad losem człowieka. Na pewno ta powieść zostanie w mojej głowie długo. Nie wszystkim się ona spodoba ze względu na dość skomplikowany problem. Książka ma ponad 500 stron, w trakcie czytania nie miałam czasu zastanawiać się nad tym, jakie będzie zakończenie, dlatego też samo zakończenie mnie zaskoczyło. Jeżeli lubicie takie książki o życiu, to myślę, że ta powinna Wam przypaść do gustu. Szczególnie że nawiązuje ona treścią poniekąd do tematu, z którym mamy do czynienia obecnie na ulicach polskich miast. Zakupicie ją na stronie Wydawnictwa Literackiego za 42,42 zł, gdyż w tym momencie jej na promocji.

20:49

Kalendarze na 2021 pomysłem na prezent świąteczny

Kalendarze na 2021 pomysłem na prezent świąteczny

20:49

Kalendarze na 2021 pomysłem na prezent świąteczny


Czas pędzi jak oszalały... Dopiero rozpoczynaliśmy listopad, a dzisiaj już jest jesteśmy w połowie, nie zdążymy się obejrzeć, a obudzimy się w grudniu. Część z Was zapewne już rozgląda się za prezentami świątecznymi. Zawsze pojawia się problem, co kupić? O sklepie Fotobum mówiłam Wam nie raz. Może warto zamówić coś spersonalizowanego? Hmm... Może fotoKalendarz na nadchodzący nowy rok? Wystarczy pomysł, kilka zdjęć lub grafik, aby stworzyć taki fotoKalendarz. Sam proces jest bardzo prosty.

Wystarczy, że:
1. Wejdziemy na stronę fotobum.pl.
2. Zjedziemy myszką nieco niżej i wybierzemy kategorię fotoKalendarze.
3. Tam mamy do wyboru aż 4 typy fotoKalendarzy: Ścienne, Biurkowe, Plakatowe oraz Jednodzielne.
4. Po wyborze typu fotoKalendarza możemy wybrać motyw naszego fotoKalendarza spośród kilku propozycji, dodajemy go do koszyka.
5. Kiedy wybraliśmy motyw, który nas interesuje, przechodzimy do koszyka i przy wybranym motywie klikamy "Projektuj".
6. Na pasku po lewej stronie mamy możliwość wgrania naszych zdjęć, grafik, które następnie możemy w intuicyjnym kreatorze dowolnie ustawiać, edytować, dodawać różne elementy, tekst. 
7. Kiedy uznamy, że nasz fotoKalendarz jest gotowy, klikamy "Przejdź dalej". Wtedy wyświetli się podgląd projektu, a kreator upewni się, czy chcemy zatwierdzić nasz projekt. Nie martwcie się, w nowym zmodyfikowanym kreatorze jest funkcja powrotu do projektu i wgrania poprawek.
8. Gdy nasz projekt jest w pełni gotowy, zjeżdżamy jeszcze niżej. Możemy dodać kod rabatowy np. kod aabzzt, który da Wam 10% rabatu (działa również z innymi fotoProduktami). Następnie wybieramy odpowiadający nam sposób dostawy, sposób płatności i przechodzimy dalej, klikając "Przejdź do danych do wysyłki", gdzie uzupełniamy pola swoimi danymi teleadresowymi. 
9. Teraz pozostaje tylko przejść do podsumowania i opłacić zamówienie oraz czekać na przesyłkę, która powinna przyjść do Was w ciągu najbliższych kilku dni po dokonaniu formalności.

Ja swoje zamówienie zrealizowałam w środę 11 listopada, a dzisiaj 16 listopada paczka była już u mnie, a w paczce prezenty przedświąteczne dla moich bliskich, głównie dla rodzeństwa, bo jak to mówią: "Szczęśliwi nie liczą godzin i lat", dlatego też w tym roku nie zdecydowałam się na wieszanie kalendarza w pokoju.


Mój brat, widząc, że na ten rok miałam u siebie fotoKalendarz Plakatowy, również sobie taki wymarzył. Nie są to kalendarze drogie, gdyż kosztują obecnie jedyne 9 zł, a są dość efektowne. Postawiłam na klasykę i wybrałam mu fotoKalendarz Plakatowy Klasyczny zresztą jak w przypadku wszystkich fotoKalendarzy, które zobaczycie w dzisiejszym wpisie. Ten fotoKalendarz jest w formacie A3 i, aby nie kurzył się i nie niszczył na ścianie, oprawię go w antyramę, którą zakupiłam na początku roku właśnie na ten swój kalendarz. Jest to świetny trik, gdyż wtedy możemy uzyskać dodatkowo tablicę, po której o ile mamy specjalne suchościeralne markery, będziemy mogli pisać, nie niszcząc kalendarza. 


Nie wiem, jak jest u Was, ale u mnie w domu zazwyczaj w kuchni wisi jeden duży, wspólny kalendarz i zazwyczaj to on jest wykorzystywany. Ze względu na ograniczone miejsce, stawialiśmy na kalendarze trójdzielne, w nadchodzącym roku po raz pierwszy zagości u nas fotoKalendarz Jednodzielny, oczywiście fotoKalendarz Jednodzielny Klasyczny. Jest to kalendarz, który jest dość minimalistyczny, mamy jedno duże zdjęcie u góry, które zresztą jest skanem już wywołanego zdjęcia, więc chapeau bas za całkiem dobrą jakość, a u dołu mamy 3 sekcje: przedstawiającą miesiąc bieżąco, miesiąc przeszły i miesiąc następny. Mogłoby się wydawać, że jest to zwykły kalendarz, w którym wypisane są imieniny, święta, ale zobaczyłam, że w tych fotoKalendarzach zaznaczone są również niedziele handlowe, co uważam za bardzo przydatne. W kolejnym fotoKalendarzu będzie to lepiej widoczne. Ogromnym plusem tego kalendarza jest też to, że w zestawie znajduje się ten czerwony pasek z okienkiem, gdyż niestety zdarzało mi się wielokrotnie kupić kalendarz, który tego nie miał, a tutaj przychodzi to od razu w zestawie. Jedynym minusem, a raczej malutkim minusikiem jest brak gotowej dziurki, o którą można kalendarz zawiesić. Za fotoKalendarz Jednodzielny trzeba zapłacić 15 zł.


Kolejny duży kaliber, tym razem jest to fotoKalendarz Ścienny Klasyczny za 29 zł. Tutaj ze zdjęciami już można poszaleć, gdyż możemy ich tutaj dodać aż 13 (12 na strony z miesiącami + 1 na okładkę). Strony kalendarza mocowana są na grubej spirali, zapobiegającej niekontrolowanemu odrywaniu się kartek, jest mocowanie - zawieszka. Tutaj możecie lepiej zaobserwować adnotacje dotyczącą niedzieli handlowej. Przy takich dużych fotoKalendarzach warto pamiętać, aby dodawać zdjęcia, jak najlepszej jakości, gdyż może nas spotkać przykra niespodzianka, ja starałam się wybierać te lepsze zdjęcia z kolekcji, ale też liczyłam się, że jeśli dodam słabej jakości zdjęcie, to nie mam zbytnio czego wymagać.


Takie słabszej jakości zdjęcia wgrywałam natomiast do fotoKalendarza Biurkowego Klasycznego, pojawiło się w nim kilka skanów starych zdjęć i tutaj już bliżej się przyglądając , można dostrzec jakieś mankamenty, ale ja się z tym liczyłam, nie jest to na tyle duże, aby zakłócało odbiór. Choć fotoKalendarz Biurkowy jest orzeszkiem wśród tych gigantów,  to jednak tutaj również można było zaszaleć z tymi zdjęciami i wgrać ich aż 13. Za taki osesek na Fotobum zapłacimy 24 zł. 

Reasumując, ja jestem bardzo zadowolona z zamówienia. Kreator jest bardzo prosty w obsłudze. Paczka dotarła szybko, została zapakowana solidnie i nic nie przyszło uszkodzone. FotoKalendarze nie są drogie. Wykonane są z dobrej jakości materiałów. Zdjęcia nadrukowywane są w rewelacyjnej jakości, no chyba że wgramy zdjęcia, które już są rozmazane, rozpikselowane. Trzeba się z tym liczyć. Kiedy rok 2021 dobiegnie końca, zawsze te zdjęcia można sobie wyciąć i włożyć do albumów, czy jak w przypadku zdjęć z dużych fotoKalendarzy oprawić w ramkę. 

Przypominam Wam o kodzie aabzzt, dającym 10% rabatu na zakupy. Koniecznie napiszcie mi w komentarzach, czy Wy już pomału rozglądacie się za prezentami świątecznymi, szukacie pomysłów? Co sądzicie o takich fotoKalendarzach?

20:21

Pif-paf, czyli „Rewolwer” Duane Swierczynski

Pif-paf, czyli „Rewolwer” Duane Swierczynski

20:21

Pif-paf, czyli „Rewolwer” Duane Swierczynski


Był Lwów, było Mazowsze, a teraz lecimy za ocean do słonecznej Filadelfii, aby poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego policjant polskiego pochodzenia Stanisław Walczak oraz jego partner George Wildey zostali zastrzeleni na służbie i kto to zrobił. Amerykański scenarzysta komiksowy, autor thrillerów Duane Swierczynski postanowił przedstawić w książce "Rewolwer", wydanej przez Wydawnictwo RM dochodzenie do prawdy z 3 punktów widzenia: ofiary, czyli Stana, jego syna Jimmy'ego oraz wnuczki Audrey. Jaka jest prawda?


Cała historia została podzielona na 14 rozdziałów, każdy rozdział zawiera opisy z perspektywy 3 osób z rodziny Walczak. Dodatkowo na dwóch pierwszych stronach znajduje się mapka przedstawiająca układ przestrzenny Filadelfii. Jeszcze przed znajduje się informacja, że książka powstała ku pamięci filadelfijskiego policjanta Josepha T. Swierczynskiego, który żył w latach 1892-1919, czyli na wiele lat wcześniej niż toczy się akcja książki. Po nazwisku tego policjanta możemy dojść do wniosku, że był on przodkiem autora thrillera. Potwierdzeniem tego, jest podziękowanie znajdujące się na końcu. 


W książce wydarzenia osadzone są w konkretnym czasie, konkretnych miejscach, co pozwala nam zbliżyć się do bohaterów, działają na naszą wyobraźnię, ułatwiając wyobrażenie sobie tych sytuacji, sporo jest detali, na które warto zwracać uwagę, aby zrozumieć obraz całej sytuacji i niczego nie pominąć. Nie przypadł mi do gustu język, gdyż momentami jest dość ostry, wulgarny, ma to swój cel, wiadomo, że w takich sytuacjach raczej nie przebieramy w słowach, ale momentami można było tego oszczędzić. Niektórym może nie spodobać się przenoszenie w czasie między rokiem 1965, kiedy to ginie Stanisław Walczak i jego partner, rokiem 1995, kiedy jego syn dowiaduje się, że na wolność wychodzi mężczyzna podejrzewany o morderstwo a rokiem 2015, kiedy Audrey stara się dowieść prawdy. Jednak można troszkę się w tym pogubić. Cała historia jest jednakże niezwykle ciekawa i warto dobrnąć do końca. Ja z każdym zdaniem, rozdziałem pragnęłam więcej i więcej. Przeprowadzałam to śledztwo wraz z bliskimi ofiar i za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć, czy prawda wygląda tak, jak ja myślę, czy może zupełnie inaczej. Książkę czytało się bardzo przyjemnie, mam już w swojej kolekcji "Wtyczkę" Duane'a Swierczynskiego, którą recenzowałam Wam - o tutaj. "Wtyczka" mi się wtedy spodobała a "Rewolwer" nie zawiódł.

A Wy lubicie kryminały? Sięgnęlibyście po "Rewolwer"? Jest obecnie na promocji za 29,99 zł. 

PODPIS

Diabłu ogarek...

Diabłu ogarek...

19:39

Diabłu ogarek...


Staropolskie powiedzenie mówi: "Panu Bogu świeczką a diabłu ogarek" - "ogarek", czyli niedopalony kawałek świecy, knota. Nie ukrywam, że ten "ogarek" wzbudził moją ciekawość i musiałam dokształcić się, co to jest. Książka, której tytuł brzmi "Diabłu ogarek. Czarna Wierzba" sprawi, że przeniesiemy się ze Lwowa na Mazowsze.  Autorem książki jest Konrad Tomasz Lewandowski, będący polskim pisarzem fantasy, science fiction i powieści kryminalnych, filozofem, dziennikarzem, publicystą i redaktorem. "Diabłu ogarek. Czarna Wierzba" to tom 1 cyklu "Diabłu ogarek", wydany w 2011 roku przez Wydawnictwo RM. Jedyny obecnie dostępny na stronie. 

Dzięki dedykacji na jednej z pierwszych stron "Moim przodkom. Autor" możemy się dowiedzieć, że główny bohater Stanisław Jakub Lewandowski jest krewnym autora, żyjącym w czasach I Rzeczypospolitej. 


Zaraz kartkę za dedykacją znajduję się strona ze spisem treści. Każdy rozdział jest zatytułowany, co bardzo ułatwia odnalezienie konkretnych fragmentów. Na odwrocie strony znajdziemy mapkę przedstawiającą Mazowsze z tamtego okresu, głównie akcja rozgrywa się w miastach Liw oraz Węgrów znajdujących się na wschodzie tej krainy geograficznej. Zawsze, kiedy tylko chcemy, możemy cofnąć się o te kilka stron i sprawdzić, o których rejonach dokładnie jest mowa w tekście, pomaga to wczuć się bardziej w klimat tej siedemnastowiecznej historii, przenieść się w czasie i przeżywać te wydarzenia wraz z bohaterami.

Główny bohater, o którym już wcześniej wspomniałam, jest weteranem wojny smoleńskiej, która miała miejsce ok. 6 lat wcześniej, jest tak jak mickiewiczowski Protazy z "Pana Tadeusza" woźnym trybunału, dokładnie trybunału liwskiego, oznacza to, że zajmuje się roznoszeniem pozwów sądowych osądzonym. Stanisław jednak ma specjalne zadanie, roznosi listy najagresywniejszym, najniebezpieczniejszym adresatom za pokwitowaniem. Niestety, nie zawsze udaje mu się uzyskać pokwitowanie dobrowolnie, niekiedy musi użyć czarnej magii, co nie wszystkim się podoba...

Autor w książce zawarł opisy zachowań szlachty, skrytykował ich wady, takie jak alkoholizm czy porywczość. Lewandowski połączył realizm, autentyczne losy jego przodków z fantastyką, z magią, co stworzyło całkiem ciekawe połączenie. Książka naprawdę wciąga, nie chcę Wam tutaj zbyt wiele zdradzać, abyście sami mogli się zaskoczyć. Język nie jest przesadzony, można wyczuć, że akcja jest osadzona w przeszłości, nie jest to współczesna książka, ale nie jest aż tak nacechowana archaizmami. Nie ma czasu na nudę. Jak na książkę fantastyczną, polską - WOW! Chapeau bas dla twórcy, który przybliżył historię Polski, historię swojego przodka, ale zrobił to w niezwykle ciekawy sposób, nie napisał biografii, a ubrał to w taką fantastykę!


Książka nie jest grubą książką, ma mniej niż 300 stron. Tak mnie ona zaintrygowała, że na pewno będę szukać tomu 2 "Kolumna Zygmunta" i tomu 3 "Ostatni hołd". Najprawdopodobniej będę musiała poszperać trochę na aukcjach na OLX, ale mam nadzieję, że się uda, trzymajcie kciuki! Książka nie jest droga, w tym momencie przeceniona jest na stronie na 16,99 zł, jak za nową książkę w mojej opinii to adekwatna cena. 

A Wy widzieliście o co chodzi z tym "ogarkiem"? Lubicie książki fantastyczne? Znacie, jakąś książkę Konrada T. Lewandowskiego? Jeśli tak, to jaką?

PODPIS
Copyright © Melka blogerka , Blogger