19:54

Słuchawki bezprzewodowe TWS QCY T10 - wolność i swoboda słuchania muzyki

Słuchawki bezprzewodowe TWS QCY T10 - wolność i swoboda słuchania muzyki

19:54

Słuchawki bezprzewodowe TWS QCY T10 - wolność i swoboda słuchania muzyki


Słuchawki... Chyba nie ma tutaj osoby, która chociaż raz by po nie nie sięgnęła. Słuchawki służą nam do słuchania muzyki, oglądania filmów, do pracy online, nauki zdalnej, a nawet są pomocnym gadżetem, kiedy sami sobie chcemy zrobić zdjęcie. Wybór słuchawek na rynku jest przeogromny i to, na jakie się zdecydujemy, zależy od osobistych preferencji. Ja przez większość swojego życia najczęściej korzystałam z tanich słuchawek dousznych z kabelkiem, dostępnych praktycznie w każdym sklepie. Tylko przez ostatnie 1,5 roku mojej nauki w liceum, zdalnej nauki zużyłam co najmniej 3 pary takich słuchawek. Zazwyczaj psuł się kabel. To była prawdziwa zmora. Dodatkowo nie mogłam oddalić się zbytnio od laptopa w trakcie lekcji. Oczywiście, mogłam z nich zrezygnować,  odłączyć i korzystać z głośnika wbudowanego w laptop, ale to z kolei wiązałoby się z nakładaniem dźwięku w trakcie, kiedy prowadziłabym jakąś konwersacje z nauczycielem. I tak źle i tak nie dobrze.

Jako że nie wyobrażam sobie życia bez muzyki, cieszę się, że dane mi było poznać nieco bliżej działanie słuchawek bezprzewodowych TWS QCY T10, których dystrybutorem jest firma INNPRO. Wcześniej miałam do czynienia, tak jak już mówiłam jedynie ze słuchawkami z kabelkiem i krótką przygodę ze słuchawkami na wpół bezprzewodowymi - ładowało się je, ale lewa i prawa słuchawka były cały czas ze sobą połączone. Nie sprawdziły się one u mnie w ogóle. Dopiero słuchawki bezprzewodowe QCY uświadomiły mi, jaką swobodę i wolność  dają słuchawki bez kabla.

Na samym początku zaznaczę, że nie zalecam słuchania muzyki w słuchawkach, kierując pojazdami, jeżdżąc na hulajnodze, rolkach, wrotkach itp. czy nawet biegając. Słuch jest zmysłem, który może uchronić Was przed niebezpieczeństwem czy poinformować o nadjeżdżającym pojeździe uprzywilejowanym.


Słuchawki TWS QCY T10 wyposażone są w najnowsze Bluetooth 5.0. Kompatybilne są zarówno z systemem iOS, jak i Androidem.  Na stronie dystrybutora znajdziecie je w 2 kolorach do wyboru: czarnym i białym, obie wersje kosztują 129 zł. W zestawie znajdziecie: słuchawki w ładowanym etui, instrukcję (instrukcję w języku polskim znajdziecie również na stronie), kabelek USB do ładowania oraz 2 pary gumowych nakładek w 2 różnych rozmiarach + 1 w jeszcze innym rozmiarze założone są na słuchawki.

Jako że to mój pierwszy raz z takimi słuchawkami bezprzewodowymi to na początku musiałam zapoznać się z urządzeniem i je nieco podładować. 10 minut ładowania wystarcza mniej więcej na godzinę seansu muzycznego, tak jak obiecuje  dystrybutor. Do pełna naładowałam je nocą, podłączając je pod listwę z wejściami USB. Etui działa jak powerbank i podładowuje nasze słuchawki, kiedy je do niego włożymy. Na jednym pełnym naładowaniu zrobi to 5 razy. W sumie muzyką możemy cieszyć aż 21 godzin. 21 godzin to tyle ile w tygodniu pracuję przy komputerze. 


Słuchawki posiadają oznaczenia stron, dzięki czemu nie musimy się zastanawiać, która słuchawka to która. Dodatkowo producent wyprofilował je w taki sposób, że same dopasowują się do uszu. Trzymają się w nich solidnie, aby wypadły, trzeba o nie czymś zahaczyć. Jeśli korzystacie z funkcji mikrofonu, którą te słuchawki również posiadają i chcecie uzyskać jak najlepszą jakość to pamiętajcie, aby ułożyć je tym długim dyngsem w stronę ust. 

Słuchawki są lekkie, nie czuć ich w uchu, łatwo je też ukryć pod włosami, jeśli macie je nieco dłuższe. Dodatkowo nie ograniczają one swobody, tak jak to robią słuchawki z kabelkiem. W tych słuchawkach możecie odejść od sprzętu na nawet 10m. Słuchawki posiadają także jedną z najwyższych klas wodoszczelności IPX5, która gwarantuje użytkownikom całkowitą wodoodporność przy deszczu i zachlapaniu. Pogoda w Polsce bywa kapryśna, więc to bardzo przydatna właściwość, szczególnie dla tych, którzy aktywnie spędzają czas na świeżym powietrzu. Mogą działać one w trybie mono na jednej słuchawce, jak i stereo na dwóch słuchawkach. Tryb mono jest dedykowany właśnie takim osobom, które chcą np. biegać po ulicy przy dźwiękach muzyki, ale chcą również kontrolę nad tym, co się dzieje wokół nich. 

Słuchawki zostały wyposażone w panel dotykowy, którym można zatrzymać i wznawiać utwory, przewijać, zwiększać i zmniejszać głośność, odbierać, odrzucać lub zakańczać połączenia albo korzystać z asystenta głosowego. Wiele dodatkowych opcji m.in. lokalizację urządzenia znajdziecie również w dedykowanej, darmowej aplikacji QCY na smartfony. 

Jakość dźwięku, jaką oferują te słuchawki, jest rewelacyjna. Ja mam bardzo wrażliwy słuch, chyba ze względu na to, że przez całe dzieciństwo ja żyłam muzyką. Wszelkie trzeszczenia, jakieś nierówne działanie głośników od razu mnie drażnią, w przypadku tych słuchawek nie występują takie problemy. Działają bardzo równo.  Przetestowałam je dla Was nawet przy ogromnym wietrze, aby pokazać Wam, że w takich hardcorowych warunkach również sobie doskonale radzą. Filmik z testu znajdziecie na moim Instagramie @melkablogerka.

Ja jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Nie ukrywam, na początku chciałam sama wszystko "ogarnąć", połączyć itd. i miałam nieco z tym kłopotów, ale na szczęście, z instrukcją postawiłam te pierwsze kroki i nie wyobrażam sobie teraz, aby zacząć używać słuchawek na kablu. To ogromny komfort móc położyć np. telefon na stole i pracować z muzyką w ogrodzie bez obawy, że telefon będzie mi przeszkadzał czy tak jak teraz siedzieć i pisać dla Was wpis w rytm muzyki.

A Wy używaliście/używacie słuchawek bezprzewodowych? A może wolicie właśnie słuchawki z przewodem?


PODPIS

18:33

Jak rozpocząć swoją przygodę z blogowaniem?

Jak rozpocząć swoją przygodę z blogowaniem?

18:33

Jak rozpocząć swoją przygodę z blogowaniem?


Dzień dobry, dzień dobry, witam Was w czwartek... Wróć! W piątek, bo wczoraj nie wyrobiłam się z dokończeniem wpisu. Piątek -  weekendu początek, jak to mawiają. Kto się cieszy tak jak ja, że to już weekend? Dzisiaj przychodzę do Was z takim luźniejszym wpisem, dawno takich tutaj nie było... Obiecuję poprawę! 

O czym będzie ten post? Otóż ostatnio kilku moich obserwatorów z Instagrama, na którego Was serdecznie zapraszam → @melkablogerka w ankiecie wyraziło chęć przeczytania wpisu o tym, jak rozpocząć swoją przygodę z blogowaniem. Napisałam już jakiś czas temu wpis skierowany do osób, które dopiero stawiają pierwsze kroki w blogosferze - Parę słów dla początkujących blogerów. Ten dzisiejszy będzie powiązany dość mocno z tamtym, ale tym razem postaram się napisać coś bardziej pod kątem tych, którzy bloga jeszcze nie posiadają, a dopiero planują go założyć albo nawet nie planują, tylko zastanawiają się, jak wygląda od kuchni prowadzenie takiego miejsca. Oczywiście zachęcam Was również do przeczytania tamtego wpisu, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Być może nieco się powtórzę, ale postaram się nie. 

Na wstępie zaznaczę także, że ja nie uważam siebie za specjalistę w dziedzinie blogowania i to wszystko, co powiem, wynika z mojego ok. pięcioletniego, blogowego doświadczenia.

1. Utwórz plan!

Na początku warto zastanowić się nad tematyką naszego bloga, jakiego rodzaju treści będą na nim się pojawiały, jak chcielibyśmy, aby nasz blog się nazywał, jak wyglądał, nad tym czy chcemy działać tylko na blogu, czy również prowadzić fanpage albo konto na Instagramie. Warto również stworzyć jakiś rozkład wpisów na najbliższy miesiąc. Przy tworzeniu takiego planu możemy wykorzystać np. metodę map myśli. Ważne, aby ten plan był dla nas jak najbardziej czytelny i zrozumiały, nie musi być dziełem sztuki.

Ja ten plan na początku miałam, miał być to blog o tym, czym się wtedy zajmowałam, czyli kolekcjonowaniu autografów. Stąd nazwa, jaką on początkowo nosił, czyli Agrafka. Wiele blogów o tej tematyce nosiło nazwy Grafy XYZ, Agrafy XYZ, to ja poszłam o krok dalej i stwierdziłam, że będzie Agrafka. Podobała mi się ta nazwa, wydawało mi się, że łączy ona wszystko to, że kolekcjonuję autografy, jestem dziewczyną i noszę imię na literę A. Ostatecznie nie zaczęłam tego projektu. Dzieliłam się swoimi zdobyczami tylko i wyłącznie na Facebooku, nie przeniosłam się na bloga. Blog czekał, czekał na mnie.

Zaczęłam działać na nim kilka miesięcy po jego stworzeniu, pod tym właśnie szyldem Agrafka. Pewnie niektórzy z Was pamiętają to.  Chciałam na niego przenieść nieco treści z YouTube'a. Dodawałam jakieś tagi, typy ludzi, których..., jakieś wpisy o hitach i kitach modowych itp. właśnie w takiej formie pisanej. Z czasem coraz bardziej się rozkręcałam i zaczęły pojawiać się recenzje, takie luźniejsze posty o mnie, relacje z wyjazdów. 

W tamtym okresie było mi ciężko się zmotywować do działania, powstawały kilkumiesięczne dziury w ciągu roku. Postanowiłam więc połączyć siły i do projektu zaprosiłam wtedy Kasię. Nie wiem, czy wiecie, ale miały być wtedy w ogóle 3 osoby. Pomysł był wzorowany na blogach dziewczyn Ruude Girls oraz sióstr Agssymi. Wtedy gdzieś tam pierwszy raz było obmyślanie jakiegoś głębszego planu. Wtedy też były jakieś pierwsze moje debiuty przed obiektywem aparatu. Pomysł szybko padł, ale pod nazwą Gangstyle, którą wtedy wymyśliłyśmy, działałam aż do połowy ubiegłego roku. 

Co więcej, w kwietniu 2019 roku była ponowna próba pracy w duecie, tym razem pojawiła się Natalia. Jednak również dość szybko zostałam sama. Nie, wróć, okłamuję Was. Jeszcze przed Natalią w 2018 roku była taka próba reaktywacji duetu, rozpoczęłam wtedy współpracę z Sandrą. O tak to było. No dobrze, ale wracając do tego 2020, w czerwcu zmieniłam nazwę, adres i zaczęłam działać nieco bardziej świadomie już jako Melka blogerka.

Uważam, że przez to działanie bez konsekwencji wiele straciłam. Gdyby nie te ciągłe zmiany, zmiany nazw, adresu, tematyki, mogłabym być w zupełnie innym miejscu teraz i nie chodzi mi o statystyki, o liczbę wyświetleń, obserwatorów, ale jako człowiek, psychicznie. Przez te poprzednie lata trudno mi było się motywować do pracy, kiedy ciągle upadałam, chciałam coś zrobić, ale to nie wychodziło, dopiero teraz odżyłam i łapię ten wiatr w żaglach.

2. Budżet = 0 zł, co wtedy?

Czy potrzebujesz na początek jakichkolwiek pieniędzy, profesjonalnego sprzętu, akcesorii itd.? Nie. Ja rozpoczynałam, robiąc zdjęcia smartfonem niskiej klasy, pisałam posty na starym laptopie, teraz zresztą niewiele się zmieniło. Rekwizytami do zdjęć jest to, co znajdę wokół a blendę zrobiłam sama z kawałka kartonu i folii aluminiowej. Sama jestem sobie fotografem i sama obrabiam zdjęcia, sama tworzę grafiki.  Nie prowadziłam także ani nie prowadzę bloga na własnej domenie, przynajmniej jeszcze. Korzystam z darmowego szablonu od Karoliny Karografia. Promowałam i promuję bloga na własną rękę. Tak naprawdę sama jestem sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Czy to dobrze czy źle, nie wiem. Na razie sobie jakoś radzę, to co mam mi w zupełności wystarcza i nie mam takiego poczucia, że potrzeba mi czegoś więcej. Teraz rozpoczynam pracę nad e-bookiem o Lubelszczyźnie, o czym Wam już mówiłam i na pewno zainwestuję w ten projekt nieco pieniędzy, chociażby w paliwo czy jakieś bilety wstępu, ale nie uważam, że to będą stracone pieniądze, tym bardziej że ja jestem takim powsinogą, że i tak i tak bym pewnie w te miejsca się wybrała, więc czemu by tego nie połączyć... 

3. Wordpress, Blogger a może ...?

Bloga można założyć na kilku platformach m.in. takich jak Wordpress, Blogger czy ostatnio dość popularny Wix, dawniej można to było również zrobić na platformie Onetu, ale ona już z tego co wiem, nie działa. Ja od początku prowadzę bloga na Bloggerze i jestem mu wierna. Według mnie jest to bardzo intuicyjna platforma, idealna dla początkujących i takich kompletnych laików informatycznych, jakim ja byłam, kiedy zaczynałam. Te kody CSS, HTML mnie przerażały, ale dzięki blogom takim jak blog wyżej wspomnianej Karoliny - Karografia, blogowi Julii Brand & Blogger i jeszcze jednemu blogowi, którego nazwy niestety nie pamiętam, udało mi się to ogarnąć i w tym momencie wiem mniej więcej, jak to funkcjonuje. 

4. Ludzie są wzrokowcami.

Ludzie są wzrokowcami, sama lubię powracać na blogi, które są przejrzyste, które nie atakują mnie kolorową czcionką na czarnym tle, mnóstwem wyskakujących okienek. Lubię widzieć, co gdzie jest. Od początku więc starałam się dbać o tę harmonię również u siebie i nie bombardować czytelnika czymś, czego sama nie lubię. Na blogu korzystałam najczęściej z gotowych, darmowych szablonów od Karoliny. Wgrywałam je i dostosowywałam pod siebie: usuwałam zbędne gadżety, dodawałam te, które mnie interesowały, wgrywałam stworzony przeze mnie baner na bloga, grafiki np. do zakładki kontakt, favikonę itp.  Obecny motyw również jest dziełem Karoliny. Wydaje mi się, że udało mi się zachować balans i całość wygląda w miarę spójnie. Na zdjęciach również staram się unikać chaosu, bardzo lubię taką prostotę, minimalizm. Zresztą w życiu prywatnym we wnętrzach, w ubiorze, w makijażu itd. także, więc nie dziwne, że i na blogu tak jest.

5. Daj się poznać!

Ogromne znaczenie dla mnie ma, kiedy autor bloga dodaje, chociażby krótką informację kim jest i w jaki sposób można z nim skontaktować w razie potrzeby. Uwierzcie mi, czasami pisząc komentarz u kogoś, musiałam zastanawiać się jakiego zwrotu użyć, ponieważ ktoś używa np. pseudonimu, po którym trudno zidentyfikować czy jest kobietą, czy mężczyzną. Nie musicie zdradzać historii całego swojego życia, wystarczy, że napiszecie jak macie na imię i podacie, chociażby maila do siebie, możecie stworzyć odrębną skrzynkę pocztową, nie musi być to prywatny mail, a nawet lepiej, aby nie był to ten sam mail. 

6. I co dalej?

Mamy już wszystko techniczne prawie gotowe? Pora na przygotowanie pierwszych wpisów. Każdy Wam powie, że najważniejsza w blogowaniu jest regularność. Powiem Wam, nie bierzcie ze mnie przykładu w tej kwestii, bo regularność u mnie leży kompletnie. Ja nie mam konkretnego kalendarza wpisów, tworzę na spontanie, przez to bardzo często przesuwam publikacje wpisów, bo coś mi wypadnie. No cóż, to nie jest moja mocna strona. I tak jest dużo lepiej niż na początku mojej blogowej kariery. 

Przez to, że tworzę spontanicznie, mam swoją osobistą bazę zdjęć do postów, obrobionych, gotowych do użycia. Kiedy do głowy wpadnie mi jakiś szalony pomysł. Siadam i piszę, ale nie jest też tak, że siadam byle gdzie. Najlepiej tworzy mi się w pomieszczeniach, w których jest dość cicho i jasno albo na dworze, na świeżym powietrzu. Warto sobie znaleźć takie swoje miejsce. Czasami wcześniej mam w głowie obmyślony jakiś pomysł, jak chciałabym, aby to wyglądało, a czasami jest tak, że siadam i jest po prostu słowotok. Mniej więcej podobnie jak teraz. 

Zdjęcia do postów wykonuję zwykłą cyfrówką. Obrabiam je w Lightroomie na telefonie i wgrywam je do postu, jeszcze nim zacznę pisać, aby mieć już wszystko poukładane, tak jak ma być i przy okazji sprawdzić jak będą one wyglądały na ekranie laptopa. Sprawa nie jest taka łatwa, ponieważ mogą się one prezentować nieco inaczej na różnych urządzeniach. Mój laptop np. bardzo często sprawia, że wyglądają one naprawdę blado, choć na telefonie wyglądały na niemal przesycone, na innym urządzeniu może być już zupełnie inaczej. 

Większość moich postów jest zbliżona długością do tego wpisu, są dość rozbudowane, więc muszę zadbać o to, aby tekst był nie tylko wartościowy, ale również miły do przeczytania, aby nie był zbyt drobny i ciągły, no bo kto by to później przeczytał. Ja sama bym przerwała w połowie. U mnie na blogu najlepiej wyglądają posty pisane dużą czcionką, ale zależne to jest od wgranego motywu.

Staram się zadbać również o poprawność językową, ale to mi wychodzi różnie. Zazwyczaj teksty sprawdzam w asystencie pisania LanguageTool, aby było szybciej. Jakoś pisząc na komputerze, nie zwraca się tak uwagi na te wszystkie przecinki, wielkie litery itd.

Istnieje również coś takiego jak SEO stron internetowych = pozycjonowanie, którego ja zbytnio nie ogarniam pomimo dość długiego stażu w blogosferze, więc pozwólcie, ale nie nie będę popisywać się swoją wiedzą na ten temat. Odsyłam Was do wpisu Julii → SEO na Bloggerze krok po kroku - jak pozycjonować bloga, żeby był bardziej widoczny w wyszukiwarce? Jakiś czas temu Julia na swoim Instagramie organizowała SEO wyzwanie, więc wyczekujcie, być może będzie kolejna edycja. 

7. Gdzie promować bloga?

O promowaniu bloga pisałam m.in. właśnie w tamtym poprzednim wpisie. Jeśli chcecie promować bloga samemu, możliwości macie bardzo dużo. Ja aktualnie informacje o nowych postach dodaję na stronę na Facebooku, grupy zrzeszające blogerów, swoje konto na Instagramie, Bloglovin', portale takie blogowisko.net, a także na Pinteresta. Co działa najlepiej? Wydaje mi się, że Facebook, Instagram i Pinterest, do którego tak długo przekonać się nie mogłam.  

8. Cierpliwość i wytrwałość - cnoty początkujących blogerów.

Trzeba liczyć się z tym, że nic nie przychodzi ot tak, hop-siup i jest. Potrzeba włożyć ogrom pracy, wysiłku, swojego czasu, aby blog się rozwijał. Aby pojawili się pierwsi czytelnicy, muszą mieć oni, do czego przyjść i widzieć, że warto z Wami dłużej zostać. To nie jest tak, że założycie bloga i nagle pojawią się masy czytelników, wyświetleń. Chyba że tak u kogoś było, ale ja o tym nie wiem? Nie jest łatwym pisać, kiedy niewiele się na blogu dzieje, nawet nie wiecie, ile razy ja chciałam rzucić to wszystko w diabły na samym początku, ale zostałam. Powoli, stopniowo, ciężką pracą udało mi się stworzyć taką małą społeczność. Nie zapominajcie, że za tymi wszystkimi nickami kryją się prawdziwi ludzie. Ja wszystkich moich czytelników, obserwatorów, choć się nie znamy, w rzeczywistości traktuję jak znajomych, staram się nawiązywać z nimi relację, piszę posty tak jakbym, pisała wiadomości do koleżanki i mam nadzieję, że oni to czują, że nie są mi obojętni. Czujecie?

9. Po prostu bądź sobą!

W Internecie bądź sobą, nie udawaj kogoś, kim nie jesteś, bo to od razu widać. Masz prawo popełniać błędy, nikt nie jest idealny. Ja ubieram się do zdjęć, tak samo jak i na co dzień, rzadko robię makijaż, bo go na co dzień zazwyczaj nie noszę, piszę posty tak na luzie, nie używam wysublimowanego słownictwa, choć czasami ugryzę się w język, aby nie było to też za bardzo na luzie. Jestem w 100% sobą, normalną dziewczyną, z małej miejscowości, jak pewnie i wielu z Was. Nie zadzieram nosa.  Nikogo nie kopiuj, nikogo nie dodawaj! Autentyczność broni się najlepiej.


Rozpisałam się, jak nie Wam, mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Przyznać się, kto dotrwał do końca?


PODPIS

15:36

Metamorfoza salonu z Poster Store

Metamorfoza salonu z Poster Store

15:36

Metamorfoza salonu z Poster Store


Przyszła wiosna a wraz z nią czas zmian: zmian w naturze, zmian w nas, a także zmian w domu. No i o tych ostatnich dzisiaj porozmawiamy. W moim rodzinnym domu ostatnio po wielu latach wreszcie udało się wygospodarować w salonie kącik jadalniany. Wcześniej znajdował się on w kuchni, która jest dość wąska i zabierał sporo miejsca. Ze 2 tygodnie temu udało się przenieść go do salonu, stanął tam stół, krzesła, kwiaty, ale nadal czegoś jakby brakowało.  Brakowało czegoś, co sprawiło, że ten kącik stałby się przytulniejszy. Idealnym rozwiązaniem okazały się plakaty z delikatnymi, romantycznymi motywami od Poster Store

Plakaty kojarzą się zapewne większości z Was z plakatami z wizerunkami różnych gwiazd naklejanymi w młodości na ściany sypialni. Obecnie plakaty, ale w zmienionej formie wracają do łask. Dobrej jakoś plakaty oprawione w ramki mogą posłużyć za piękne obrazy i podkreślić charakter wnętrza.

Właśnie takiej dobrej jakości plakaty i ramki znajdziecie w sklepie Poster Store. Plakaty drukowane są na papierze premium, który posiada certyfikaty FSC oraz PEFC. Oznacza to, że drewno do jego produkcji jest pozyskiwane bez naruszania bogactw biologicznych i struktury lasów. Nie tylko papier wykorzystywany do druku posiada cenne certyfikaty, ale również i partner drukarski marki - Exakta Stockholm. Marka i jej partner pracują w zgodzie z najbardziej restrykcyjnymi zasadami i posiadają wszelkie niezbędne certyfikaty świadczące o pozyskiwaniu surowca, jakim jest papier i jego obróbki w jak najbardziej ekologiczny sposób. Jest to niezwykle ważne. Nie wiem, czy wiecie, ale do roku 2017, na całym świecie wycięto już ok. 50% wszystkich lasów naturalnych. Dużo? Czyż nie? Marka przykłada również dużą wagę do minimalizowania śladu węglowego poprzez przemyślany transport i inteligentną logistykę. 


Wybór plakatów i ramek na stronie jest ogromny. Jako że marka ma swoją siedzibę w Szwecji, na stronie jest szeroki wybór plakatów w stylu skandynawskim, który podbił w ostatnich latach serca wielu osób i  zagościł w wielu domach. Plakaty podzielone są na kategorie, dzięki, którym łatwiej odnaleźć to, czego szukamy. Kusiły mnie te wszelkie obrazy z botanicznymi motywami, ale w ostateczności zdecydowałam się na coś nieco bardziej subtelnego, romantycznego. Taka ciekawostka: co wtorek firma prezentuje nową kolekcję plakatów pod zmieniającym się tematem. 

Do stworzenia spersonalizowanej własnej domowej galerii wykorzystałam 5 plakatów oraz 5 ramek: 3 z nich są w rozmiarze 21 × 30 cm, jedna 30 × 40 cm i jedna 50 × 70 cm. nie Stworzenie kompozycji i wybór konkretnych plakatów do łatwych nie należał. Udało się to dopiero wtedy, kiedy rozłożyłam zwykłe białe kartki ksero na podłodze, mniej więcej tak jakbym chciała, aby całość wyglądała i z całego serca mogę Wam ten sposób polecić. Jako że w wybranych przeze mnie plakatach występują elementy różu, dobrałam do nich ramki w kolorze złotym, stwierdziłam, że takie będą najbardziej pasować. W sumie wybierać można spośród 9 różnych wariantów ramek. Dodatkowo, jeśli tylko zechcecie, możecie domówić sobie passe-partout, które  dodatkowo ochroni plakat, a także podkreśli to, co się na nim znajduje. 


Na przesyłkę czekałam mniej więcej tydzień. Jak na to, że została nadana w Niemczech, uważam, że to krótko. Ramki są równie rewelacyjnej jakości jak papier. Są metalowe, a zamiast szkła wykorzystana tutaj została płyta pleksi bardzo dobrej jakości, która jest w pełni bezpieczna i nawet kiedy się zbije, nie rozsypie się na miliony ostrych kawałków. Dzięki zastosowanemu w ramkach systemowi zatrzasków plakaty wkłada się w nie bardzo sprawnie i przyjemnie, bez problemów. Z zawieszeniem na ścianę jest nieco więcej zachodu. Jeśli chcecie stworzyć galerię plakatów z jakimś specyficznym rozmieszczeniem plakatów i chcecie wykorzystać do ich zawieszenia jakieś wkręty/haczyki warto sobie wcześniej przygotować szablon z kartonu, nawet z tego, w którym dostaniecie przesyłkę, aby w dobrych miejscach je wkręcić. Myślę, że o wiele łatwiej przy bardziej skomplikowanych galeriach będzie wykorzystać gotowe taśmy montażowe, dostępne w każdym markecie. Jeśli nie chcecie, plakatów wcale nie musicie wieszać, możecie je ustawić na jakiejś komodzie, półce, również będą świetnie wyglądały. Ramki mają nóżki, więc plakaty będą stały stabilnie.

Jeśli chodzi o ceny, według mnie są bardzo przystępne. Dla porównania plakat 50 × 70 cm w cenie regularnej kosztuje 99 zł, plakat w tym samym rozmiarze innej marki może kosztować nawet 119 zł. Podobnie ma się sprawa z ramkami. Jeśli cena plakatów Was nie przekonuje, do 18 czerwca, do północy możecie skorzystać z kodu rabatowego melkablogerka35, który obniży cenę aż o 35% i nieco zaoszczędzić. Kod nie zadziała na plakaty z kategorii Selection. 

Zbliża się Dzień Matki, Dzień Dziecka, możecie wykorzystać takie plakaty na prezenty. Możecie również zakupić i podarować kartę podarunkową na zakupy, aby obdarowana osoba mogła sama dokonać wyboru w sklepie. Do wyboru macie 7 kwot od 100 zł do 1500 zł. Ja na pewno byłabym zadowolona z takiego prezentu, bo plakaty naprawdę cieszą oko. 


Ja swoją galerię już mam, a Wy?


23:18

Kosmetyki do pielęgnacji prosto z Czech

Kosmetyki do pielęgnacji prosto z Czech

23:18

Kosmetyki do pielęgnacji prosto z Czech


Majówka, Majówka i po Majówce. Pogoda niestety nie dopisała w tym roku. Wczoraj padało prawie cały dzień, a wieczorem było bardzo wietrznie, dmuchało, chuchało ze wszystkich stron. Ale nie o tym dzisiejszy post. Część z Was pewnie pamięta stories, które dodałam na moim profilu na Instagramie jakiś czas temu z informacją, że rozpoczynam testowanie kosmetyków czeskiej marki For Life & MADAGA. Dzisiaj mogę napisać Wam o nich nieco więcej.

Do przetestowania dostałam 6 sztuk próbek kosmetyków,  dostosowanych do mojego typu cery i do problemów skórnych, z jakimi muszę się mierzyć. Dobraliśmy je wraz z jednym z przedstawicieli marki po krótkiej konsultacji mailowej. Dostałam również dokładną instrukcję, w jakiej kolejności i jak ich używać, aby kuracja była skuteczna i tego się trzymałam. 

Już podczas pierwszego dnia domowego SPA pozytywnie zaskoczył mnie niezwykle delikatny, niedrażniący zapach wszystkich produktów oraz ich wydajność. Wbrew pozorom takie próbki 4 czy 2 ml wystarczają na kilka użyć, w moim przypadku na ok. 2 tygodnie (niecodziennego) stosowania. Według mnie wynika to ze średnio gęstej formuły tych kosmetyków, dzięki której wystarczy niewielka kropla, aby pokryć całą powierzchnię skóry twarzy czy tylko dane jej punkty. 


Zgodnie z zaleceniami swoją pielęgnację rozpoczynałam od emulsji oczyszczającej z serii Control. Nakładałam ją i delikatnymi kolistymi ruchami myłam nią twarz, po czym zmywałam ją ciepłą wodą. Następnie nałożonym na płatki kosmetyczne tonikiem z serii Balance przecierałam skórę twarzy. Kiedy skóra była dokładnie oczyszczona i stonizowana robiłam małe SPA i nakładałam na 15 minut maseczkę z tej samej serii co tonik, czyli z serii Balance. Po tych 15 minutach zmywałam ją ciepłą wodą i ponownie tonizowałam skórę tym samym tonikiem. Po tych 3 krokach skóra była gładka, wyraźnie odświeżona. Nie występowało żadne zaczerwienienie ani uczucie pieczenia. To jednak nie koniec.


Kolejnym etapem w mojej pielęgnacji było wmasowanie w skórę twarzy kremu, który ją nawilżył, szczególnie w strefie T, gdzie moja skóra się łuszczy i sprawił, że stała się ona miękka i gładka. Dodatkowo, co jakiś czas na uprzednio stonizowaną skórę, miejscowo na pojedyncze wypryski, pojawiające się szczególnie na skroniach nakładałam żel z olejkiem z drzewa herbacianego, który okazał się największym hitem z tych wszystkich produktów. Wszelkie wypryski dość szybko malały, obsychały, a po ich obecności nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Faktem jest, że ja żel stosowałam na pojedyncze zmiany, więc nie wiem, jakby się on sprawdził przy większym wysypie. Producent obiecuje, że również żel ten sprawdzi się w walce z opryszczką czy ukąszeniami owadów, mi jednak nie było dane go pod tym kątem sprawdzić


Ostatnim krokiem w mojej pielęgnacji było zadbanie o dłonie i nawilżenie ich kremem do rąk. Krem wykończyłam najszybciej, 2 użycia i kremu już w zasadzie nie było. A szkoda, bo stosowanie go było przyjemnością. Dłonie po jego użyciu nie były śliskie ani nielepiące się.

Ceny pełnowartościowych produktów są bardzo zróżnicowane od 43 zł za 200 ml toniku czy emulsji oczyszczającej do 45 zł tylko za 18 ml żelu z olejem z drzewa herbacianego.  Warto zastanowić się nad zakupem  całego, gotowego pielęgnacyjnego zestawu, wychodzi to zazwyczaj o wiele lepiej niż zakup pojedynczych produktów.

Co więcej, przed zrobieniem zamówienia Wy również możecie zamówić sobie do domu darmowe próbki, 3 kosmetyków i je sobie wypróbować. Myślę, że to naprawdę ciekawa opcja przed zakupem pełnowartościowego kosmetyku, szczególnie wtedy, jeśli jest on nieco droższy. A jeśli nadal będziecie mieli jakieś pytania odnośnie niego, możecie poradzić się eksperta

Jestem naprawdę pod wrażeniem dbałości o najmniejsze detale przez firmę For Life & MADAGA. Każdy klient może poczuć się w pełni zaopiekowanym. 

Słyszeliście o tych dermokosmetykach? Może ktoś z Was miał przyjemność spotkać się z ich produktami?

P.S. Jeśli jesteście z Lublina, to bardzo prawdopodobne, że spotkacie kosmetyki w aptece "Pod słońcem" na ul. Biskupa Mariana Fulmana 7 - informacja ze strony marki.

PODPIS

19:37

To jest koniec!

To jest koniec!

19:37

To jest koniec!



To już jest koniec, ale nie bójcie się, to nie wpis o końcu mojego bloga a o końcu mojej przygody z liceum. Wczoraj oficjalnie zakończyłam swoją przygodę z nauką w szkole średniej, odebrałam potwierdzające to wydarzenie świadectwo. To były zwariowane 3 lata, choć początkowo nic tego nie zapowiadało. Chciałabym, aby ten wpis był podsumowaniem tych 3 lat. W ubiegłym roku napisałam Wam już co nieco o wyborze szkoły średniej i pokrótce opisałam, jak to wyglądało u mnie, jak to się stało, że znalazłam się w tej szkole, a nie innej. Serdecznie Was do niego odsyłam!


Jeszcze w gimnazjum miałam ogromny mętlik w głowie: liceum czy może technikum/zawodówka, okoliczne miejscowości czy może oddalony o ok. 30 km Lublin, jeśli okoliczne miejscowości to która szkoła... W ostateczności, po dokładnym przemyśleniu sprawy zdecydowałam się na jedno z liceów ogólnokształcących w oddalonym o 3 km mieście, wybrałam klasę "prawniczą" z rozszerzonymi: historią, WOS-em (Wiedzą o Społeczeństwie) i językiem angielskim.

Po tych 3 latach stwierdzam, że był to naprawdę trafny wybór. Nasza klasa była dość liczna przez to, że połączono dwa profile: biol.-chem. i nasz humanistyczny. Przez pierwsze 2 lata dość mocno zmienił się jej skład, ktoś odszedł, ktoś doszedł, więc to była ciągła integracja, ciągłe poznawanie się.  Ułatwieniem tego procesu miał być zorganizowany w pierwszej klasie wyjazd na wspólny obóz oraz warsztaty. Nie zawsze było pomiędzy nami kolorowo, ponad 30 osób w klasie, ponad 30 różnych gustów, przyzwyczajeń, nie raz i nie dwa coś nas poróżniło, ale zawsze wychodziliśmy jakoś na prostą. 

W drugiej oraz trzeciej klasie zostaliśmy rozdzieleni na grupy przez to, że zaczęliśmy skupiać się tylko na kilku konkretnych, rozszerzanych przedmiotach oraz przez trwającą nadal pandemię. Kiedy uczyliśmy się jeszcze stacjonarnie to całą klasą widywaliśmy się tylko na takich przedmiotach, jak WF, religia, matematyka czy polski oraz na zajęciach z wychowawcą. Od marca 2020, czyli od początków pandemii ten kontakt został utrudniony jeszcze bardziej.

W pierwszej oraz jeszcze na początku drugiej klasy udało nam się zaliczyć kilka wycieczek do muzeów, do teatrów, w Bieszczady, dodatkowo część z nas miała możliwość uczestniczyć w wyjazdach zagranicznych do Lwowa, do Gruzji czy na Maltę. Wielu z nas przez te 3 lata działało w Szkolnym Klubie Wolontariusza, samorządzie uczniowskim, chórze czy w Szkolnym Klubie Krajoznawczo-Turystycznym. Najambitniejsi mogli, jeśli tylko chcieli brać udział w konkursach, olimpiadach, zawodach sportowych. Co jakiś czas organizowane były spotkania z wybitnymi osobowościami takimi jak aktor Lech Dyblik czy Grzegorz Stępień - basista Oddziału Zamkniętego, którzy opowiadali m.in. o uzależnieniach.  Naprawdę nie było czasu na nudę. 

Nuda pojawiła się kiedy pozamykali nas w domach na zdalnym nauczaniu i nie było już mowy o żadnych wyjazdach, spotkaniach, co więcej musieliśmy zrezygnować ze studniówki, której planowanie trwało już od początków drugiej klasy. 


Przez te 3 lata poznałam naprawdę mnóstwo wspaniałych osób, zrobiłam wiele niesamowitych rzeczy, których może nie miałabym przyjemności zrobić samemu w przyszłości, otworzyłam się, niezwykle rozwinęłam, również tutaj w sieci. Śmiem twierdzić, że liceum, jak na razie to był najlepszy etap edukacji w moim życiu i jeśli miałabym drugi raz wybierać to ponownie postawiłabym na tę samą szkołę. 

Teraz czeka na mnie matura a co dalej - zobaczymy. Blog istnieje mniej więcej od początków drugiej klasy gimnazjum, więc Wy przeszliście już ze mną praktycznie przez 2 etapy edukacyjne w moim życiu i mogliście zaobserwować jaką metamorfozę przeszłam, jaką transformację przeszedł mój blog. Kto by pomyślał, że kiedyś dodawałabym tyle swoich zdjęć do wpisów czy otwarcie, głośno na Instagramie mówiła, że bloguję. To jest po prostu niesamowite! 
 



PODPIS
Copyright © Melka blogerka , Blogger