Do It Yourself: proste dekoracje ścian

19:25

Do It Yourself: proste dekoracje ścian


Pandemia sprawiła, że wielu z nas musiało zacząć pracować lub uczyć się z domu. Mnie jako tegoroczną maturzystkę spotkało to drugie, od października uczę się zdalnie. Na takim zdalnym nauczaniu są lekcje, na których oczywiście, każdy jest aktywny, słucha, notuje, ale są też lekcje mniej ważne, na których to wystarczy tylko słuchać i właśnie na ten drugi typ lekcji musiałam znaleźć zajęcie, którym zajmę ręce. Nie raz Wam mówiłam, że ja talentu plastycznego nie mam, no ale podjęłam się tworzenia dekoracji naściennych, tak dla siebie, wykorzystując to, co znajdę wokół siebie. 


Najpierw, z resztek kolorowych kordonków, w kolorach: granatowym, białym i beżowym zrobiłam taką zawieszkę. Nie jest równa, ale taki efekt nawet bardziej mi się podoba, niż gdyby była ona obcięta jakby od linijki. Kordonki pozostały mi po próbie robienia cotton balls, którą podjęłam ładnych parę lat temu, ale na rolkach zostało ich naprawdę mało, patyczek znalazłam w garażu, a sznurek u góry to po prostu kawałka sznurka wędliniarskiego. Chociaż zrobiłam ją najpierw, stała się ona tylko dodatkiem - dodatkiem do obrazków wykonanych techniką string art.


String art to technika wykorzystująca kawałek płyty, gwoździe i włóczkę lub inny materiał, w moim przypadku była to zwykła czarna nitka. Tłem dla mojego dzieła stały się ścinki deski elewacyjnej, odwrócone, pomalowane jakąś farbą znalezioną w garażu. Niestety farba nie była najlepszym wyborem, gdyż po wyschnięciu okazało się, że wygląda bardzo pomarańczowo, powstały też brzydkie plamy. Jako motyw przewodni dzieł wybrałam dzikie zwierzęta w geometrycznej formie: wilka, niedźwiedzia oraz jelenia. Aby wiedzieć, w jakich miejscach wbijać gwoździe, stworzyłam sobie szablony, przerysowując na białą kartkę A4 grafiki znalezione w Internecie. Tutaj też wtopy nie uniknęłam, okazało się bowiem, że poroże jelenia jest tak rozległe, że nie mieści się na kartce A4, tym samym nie zmieści mi się na moich deskach. Nieźle się nakombinowałam, aby je skorygować - ostatecznie zrezygnowałam z fragmentu, który się nie mieścił. Kiedy szablony były gotowe, markerem pozaznaczałam punkty, w których należałoby wbić gwoździe. Następnie przyłożyłam kartki do desek i rozpoczęłam proces wbijania gwoździ - ja postawiłam na gwoździe stolarskie. Wbijanie poszło w miarę gładko, najbardziej pracochłonnym etapem było przeplatanie między gwoździkami nici, którą, aby linie były wyraźne musiałam przeplatać kilkukrotnie. Ostatnim etapem było powyrywanie szablonów spod pracy, tak aby jej nie naruszyć i to był najtrudniejszy etap, musiałam nieźle się nakombinować. Wykonanie jednej takiej pracy zajmowało mi ok. 7-8 godzin lekcyjnych. Nie jest najrówniej, ale to tylko jest dowodem na to, że obrazy zostały wykonane ręcznie. 

A czy Wy bawicie się w DIY? Co ostatnio stworzyliście?

PODPIS
Parę słów dla początkujących blogerów

19:32

Parę słów dla początkujących blogerów


Witajcie moi kochani, jak się czujecie? Śnieg Was nie zasypał?  Nie wiem, czy wiecie, ale rok 2021 będzie 5. rokiem prowadzenia przeze mnie bloga, na którym obecnie się znajdujecie. Długo,  krótko... Jeśli jesteście ze mną od początku lub czytaliście historię bloga, która znajduje się w zakładce - "O mnie" to zapewne wiecie, że nie było łatwo i to, że tutaj nadal jestem to ogromny sukces. Słowo "zmiany" towarzyszyło mojemu blogowi aż do ubiegłego roku, kiedy to podjęłam drastyczne kroki i odcięłam się od tego co było, zmieniając nazwę i adres bloga. Dzisiaj, ja - Amelia Wolińska jako Melka blogerka chciałabym skierować parę słów do osób, które chciałyby założyć bloga lub dopiero, co go założyły.



Mój blog na samym początku miał być miejscem, gdzie będę udostępniać nowe łupy autografowe, z czasem to jednak przerodziło się w szeroko pojęty lifestyle: zaczęły pojawiać się wpisy o  codziennym życiu, fotorelacje z wyjazdów, haule, recenzje, pojawiła się seria Back To School, jakieś tagi itd., zaczęłam pisać o tym, co przychodziło mi na myśl, zaczęłam wykształcać swój własny styl, ale cały czas pisałam o tym, co lubię, zawsze jestem w 100% sobą. Swoje pomysły na wpisy, które wpadały mi czasami w najmniej oczywistych sytuacjach, starałam się spisywać. Czasami kładłam się spać, już prawie spałam i chwytałam za telefon, bo akurat wpadł mi jakiś świetny pomysł warty zanotowania.

Zdarzały się też takie momenty, że na blogu przez dłuższy czas nie pojawiało się nic. Jeśli nie miałam humoru, nie miałam ochoty, po prostu nie pisałam. Każdy Wam powie, że ważna jest systematyczność - owszem, ale nie warto również pisać na siłę, bo to będzie od razu widać. Czasami było u mnie tak, szczególnie latem, że siadałam na dworze i pisałam kilka wpisów na zapas, jeden za drugim.  Każdy ze swoich wpisów zawsze analizuję, czytam po kilka razy, sprawdzam pod względem poprawności językowej, interpunkcyjnej itd., zazwyczaj korzystam z dostępnych w Internecie asystentów. 

Zdjęcia robiłam i robię starą cyfrówką lub telefonem, nie mam wypasionego sprzętu, lamp, gadżetów do zdjęć, zazwyczaj wykorzystuję to, co znajdę wokół siebie, w szafie, w kuchni - żywe kwiaty, kardigany, koce, biżuterię, jakieś patery, kolorowy blok... Co więcej, wstyd się przyznać, nie mam nawet statywu do aparatu i bardzo często po prostu kombinuję z ustawieniem telefonu czy aparatu. Bądźcie kreatywni! Naprawdę na początek nie potrzebujecie stosu teł, nowego aparatu, to nie jest wyznacznik, chociaż nie ukrywam, statyw jest bardzo przydatny i sama w końcu takowy zakupię, to akurat Wam polecam. 

Swoje wpisy promowałam przede wszystkim na facebookowych grupach zrzeszających blogerów. Okazało się, że są osoby, którym podoba się to, co robię, grono odbiorców rosło i rosło... Dołączyłam również do różnych portali - DDOB, zBLOGowani (już niedziałające), promujbloga.pl, Bloglovin', blogowisko.net. Posiadałam również wcześniej stworzoną stronę facebookową oraz swój prywatny Instagram, na których początkowo bardzo rzadko pisałam o tym, że bloguję, bojąc się, że zobaczy to ktoś z moich znajomych. Teraz wiem, że była to głupota, ale wtedy to był ogromny stres. Ten mój stres był tak ogromny, że ja przez długi czas w ogóle nie wstawiałam na bloga zdjęć, na których jestem. Nie lubiłam sobie robić zdjęć - no bo, co sobie pomyśli X, jak mnie zobaczy, wdzięczącą się jak głupia do aparatu.  Blokowało mnie to też przed tym, aby poruszyć jakiś mniej lub bardziej kontrowersyjny temat. Z czasem zrozumiałam, że to, że prowadzę działalność w sieci niczym mi nie umniejsza, ja chociaż coś robię, rozwijam się i nie będę w przyszłości żałować, że nie spróbowałam. 

Zakładając bloga, nie myślałam o profitach, nie wiedziałam nawet, że na blogu można zarabiać, rozpoczynać jakieś współprace, statystyki były dla mnie jakimiś cyferkami, nie wiedziałam, o co chodzi z SEO itd. Miałam 14 lat, kiedy zaczynałam swoją blogową karierę, nie wiedziałam o blogowaniu nic, robiłam to z przyjemności i robię nadal.  Recenzje produktów są przyjemnym urozmaiceniem, dzięki nim mogę testować różne produkty oraz jeśli są one ciekawe, dzielić się nimi z czytelnikami, nie są podstawą.

Rozpoczynając swoją przygodę z blogiem, warto zadbać o wygląd strony, trzeba znać w tym umiar, ważne, aby każdy czytelnik mógł się na niej odnaleźć. Ja skorzystałam z gotowego szablonu, udostępnionego przez Karografię, dostosowałam ją w ustawieniach bloggera, stworzyłam własny nagłówek. Efekt finalny jest właśnie taki, ja lubię minimalizm, dlatego jestem bardzo zadowolona. 

Najważniejsi dla mnie są czytelnicy, odbiorcy, którzy czytają, komentują, staram się odpisać na każdy komentarz, odwiedzać inne blogi, również pozostawiać tam po sobie ślad. Nie zawsze mam czas, nie zawsze wiem co odpisać, ale staram się, aby widzieli oni, że ja nie tylko dodaję nowe posty, ale także czytam to, co oni piszą. Gdyby nie oni, pisanie do wiatru nie miałoby sensu. 



Mam nadzieję, że te moje wypociny komuś się przydadzą, być może kogoś zmotywują do działania.  Chciałam Wam pokazać, że nawet taka osoba jak ja - prosta, pochodząca z małej wsi na wschodzie, z rodziny średniozamożnej, bez super sprzętu, super ubrań, działająca w pojedynkę może odnieść sukces w Internecie. Ktoś powie - Jaki sukces, nie masz milionów odsłon, tysięcy obserwujących? Tak, dla mnie to, co osiągnęłam przez te lata, jest ogromnym sukcesem. Naprawdę, nie bójcie się marzyć, działajcie, rozwijajcie się, róbcie to, co sprawia Wam przyjemność! 

PODPIS

Włosy niczym po wizycie w salonie fryzjerskim

19:38

Włosy niczym po wizycie w salonie fryzjerskim


Dobry wieczór, witam Was w pierwszym wpisie w nowym roku 2021! Nowy rok, nowa ja, nowe postanowienia noworoczne. Ja w tym nowym roku mam tylko jedno postanowienie - zapanować nad moimi włosami, które nie są w najlepszej kondycji, szczególnie po tych spędzonych w domu miesiącach 2020 roku, gdy je zmaltretowałam, macając je co chwilę z nudów, zaplatając, prostując, kręcąc, rozczesując i to wszystko nie do końca zgodnie z zasadami. Teraz moje włosy są w opłakanym stanie, wypadają garściami, są suche, szorstkie w dotyku i połamane. Postanowiłam walczyć i jeszcze w 2020 roku zaopatrzyłam się w kilka produktów, składając zamówienie w hurtowni fryzjerskiej - Fryzomania


Rozpoczęłam od zmiany szczotki. Wcześniej używałam szczotki w typie Tangle Teezer, którą wiele osób pokochało. Z czasem okazało się jednak, że nie był to najlepszy wybór, owszem szczotka przyjemnie masowała skórę głowy, ale sprawiało to, że sięgałam po nią zdecydowanie za często, wyciągając sobie już osłabione włosy, a co gorsze, używałam jej również na mokro, rozczesując włosy od góry. Wiele dobrego słyszałam o szczotkach Olivia Garden i właśnie na szczotkę tej firmy się zdecydowałam. Wybrałam szczotkę z serii Healthy Hair, model HH P7 Large. Szczotka ta jest wykonana z naturalnego bambusa, jest niezwykle lekka i w przeciwieństwie do mojej poprzedniej nie jest rozłamana na pół. Bardzo zależało mi na tym, aby szczotka była duża i płaska, nie jestem najlepsza w robieniu samej sobie wszelkich upięć i często zdarzało i się, że przy zbieraniu włosów coś gdzieś zostawało albo wychodziło. Teraz zrobienie, chociażby zwykłego kucyka stało się prostsze i szybsze. Szczotka świetnie, delikatnie a dokładnie rozczesuje włosy, nie szarpiąc ich. Zauważyłam, że odkąd jej używam, o wiele mniej włosów pozostaje na szczotce.  Niektórzy mają problem z nadmierną elektryzacją włosów, u mnie ten problem na szczęście nie występuje. Co ciekawe, wyczytałam, że szczotki z serii Healthy Hair mają właściwości antystatyczne i antybakteryjne. Super, czyż nie? Szczotka na stronie kosztuje w chwili obecnej ok. 28 zł, czyli wychodzi cenowo bardzo podobnie jak Tangle Teezer, a jest o niebo lepsza. Dodatkowo wygląda bardzo ładnie, spójrzcie tylko na to wypalenie z tyłu na główce. 


Postanowiłam również spróbować z olejkiem arganowym do włosów. O firmie Rooney słyszałam głównie w kontekście ich lakierów do włosów. Na stronie znalazłam jednak wiele olejków, ja postawiłam na ten arganowy, odmładzający, przeznaczony dla włosów cienkich i osłabionych. Za 15 ml buteleczkę należy zapłacić ok. 8  zł. Pierwszym, co rzuca się po jego użyciu to przepiękny zapach, jaki pozostawia. Włosy są widocznie gładkie i lśniące. Niech Was nie wystraszy pojemność, produkt jest naprawdę bardzo wydajny.


Aby nieco nawilżyć włosy, postanowiłam sięgnąć po produkt, który jest obecnie niedostępny na stronie - 2-fazową odżywkę w sprayu z keratyną marki Revlon. Forma aplikacji jest niezwykle wygodna, wystarczy spryskać uprzednio umyte, osuszone ręcznikiem włosy, rozczesać i wysuszyć. Kiedy ja składałam zamówienie na stronie, 50 ml buteleczka odżywki z atomizerem kosztowała niemalże 7 zł. Cena jest bardzo kusząca, ale działanie wcale nie słabsze - włosy pięknie pachną, są bardziej lśniące, miękkie, nie są obciążone i nie puszą się, a niestety po niektórych szamponach wyglądam jak pudel. Świetny produkt dla osób, które nie mają zbyt wiele czasu, aby nakładać zwykłą odżywkę i czekać aż się wchłonie.


W ramach prezentu do koszyka dodałam produkt, który zabezpieczy moje włosy podczas termostylizacji. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nigdy nie sięgałam po takie kosmetyki, co było oczywiście sporym błędem. Teraz, w końcu moje włosy będą zabezpieczone, dzięki Ultimate Straight Fluid spray marki Lisap. Wprawdzie nie używałam zbyt wysokich temperatur, prostując włosy, ale jednak nawet te najniższe temperatury wpływają na włosy. Warto zainwestować te kilkadziesiąt złotych, aby potem nie było zgrzytania zębami. Oprócz zabezpieczenia włosów spray sprawia, że pięknie one pachną i tutaj się powtarzam, ale tak jest, że większość tych profesjonalnych produktów do włosów pięknie pachnie. Kosmetyk ten działa również, wzmacniając nasze włosy, choć my tego nie widzimy gołym okiem. W sprayu został zastosowany kompleks keratynowy, który wnika głęboko we włosy i uzupełnia ubytki, a także drogocenny olej jojoba i masło shea.  Produkt ten też cudownie sprawia, że efekt prostowania czy kręcenia utrzymuje się u mnie dłużej niż bez użycia tego produktu, dla mnie to ogromny plus, bo moje włosy są w tym temacie bardzo niesforne. 


Podstawę pielęgnacji włosów stanowi jednak szampon. Na stronie wybór jest przeogromny, ja postawiłam jednak na szampon uniwersalny marki Stapiz Professional w 1 l butelce. W 1 l tego produktu kryje się sporo cudownych właściwości: szampon nawilża włosy, sprawia, że stają się błyszczące, wygładzone, wzmacnia je, zmniejsza wydzielanie łoju, ułatwia ich stylizację, a także zawiera filtr UV, który chroni przed wpływem szkodliwych czynników zewnętrznych. Kto by pomyślał, że w 1 l butelce aż tyle się kryje. Butelka jest duża i ciężka, ale dzięki kształtowi łatwo sięga się po nią nawet mokrymi dłońmi. Biorąc pod uwagę pojemność, szampon jest dość tani, kosztuje jedyne 9 zł. 


Moje włosy już odżyły, z każdą pielęgnacją stają się coraz piękniejsze, co będzie za kilka miesięcy... Wybór na stronie hurtowni jest olbrzymi, łączy ona ludzi - coś dla siebie znajdzie tam zwykły człowiek, włosomaniaczka, ale także fryzjer. Zamówienie przyszło bardzo szybko, solidnie zapakowane, nic nie uległo uszkodzeniu, nie miało z resztą jak, gdyż produkty były bardzo dobrze zabezpieczone. 



Fryzomania to najlepszy wybór jeśli chodzi o produkty do pielęgnacji włosów. Dzięki stosowaniu takich profesjonalnych kosmetyków w domu można poczuć się jak po wizycie u fryzjera, a kto nie lubi wizyt u fryzjera, to czysty relaks. 

PODPIS
W tę noc sylwestrową...

20:21

W tę noc sylwestrową...


Rok 2020 dobiega końca, godziny dzielą nas od przywitania nowego, miejmy nadzieję lepszego roku 2021. Mijający rok nie dla wszystkich był rokiem szczęśliwości, przez pandemię wszyscy musieliśmy żyć w innej rzeczywistości, niepewności, co przyniesie jutro, musieliśmy ograniczyć kontakty, niejedna osoba musiała zmienić swoje plany, ten rok był dziwny. Chyba każdy marzy o tym, aby rok 2021 minął już w spokoju, aby każdy mógł realizować swoje cele, podróżować, poznawać nowe osoby, żyć bez ograniczeń, po prostu żyć bez ograniczeń. Po tak ciężkim roku należy się nam chwilka relaksu, odpoczynku, chwila spędzona na przykład z książką, z kubkiem gorącej czekolady, przy jakimś nastrojowym oświetleniu, może kominku, pod kocem, a do tego potem relaksująca kąpiel i małe domowe SPA, a jak SPA to koniecznie maseczki.

Ogromny wybór maseczek, również dla mężczyzn oferuje firma 7th Heaven. Gama jest naprawdę olbrzymia, ja przedstawię Wam tylko kilka wybranych, ale gwarantuję Wam, że na stronie każdy znajdzie coś dla siebie. To raj dla osób, które cenią sobie możliwość organizacji SPA w domowym zaciszu.


Nowością na stronie są maseczki z serii Superfood. Jest to seria 4 różnych maseczek:  maski glinkowej z matchą i chią, maski błotnej z jagodami, maski glinkowej z awokado oraz maski peel-off z konopiami siewnymi. Wszystkie maseczki 7th Heaven uzyskały potrzebne certyfikaty, nie są testowane na zwierzętach a dodatkowo te są bezpieczne dla wegan, nie zawierają w składzie produktów odzwierzęcych. 

Pierwsza z nich to maska glinkowa zawierająca w swoim składzie matchę, nasiona chia oraz dodatkowo olej moringa. Jest to maska, która oczyszcza skórę, nawilża i rozjaśnia. Skóra odzyskuje swój utracony blask, jest widocznie świeższa. 

Druga z nich jest maską błotną, zawiera w swoim składzie jagody, żurawinę i pestki brzoskwini. Ta również oczyszcza skórę, łagodzi ją, a dodatkowo jest bogata w antyoksydanty, które przeciwdziałają procesom starzenia się skóry, powstawaniu zmarszczek, czyli opóźnia te procesy, na których opóźnieniu kobietom zależy najbardziej . 

W całej serii znalazło się też miejsce dla jeszcze jednej maski glinkowej, tym razem z awokado. Jest ona bogata w nasiona orzecha włoskiego o właściwościach złuszczających, kojące awokado oraz soczysty, nawilżający aloes. Złuszcza ona naskórek, rozjaśnia skórę, ale również ją nawilża. 

Ostatnia, czwarta jest najciekawsza, gdyż w jej składzie znajdziemy konopie siewne oraz miód. Jest to maska peel-off, którą po użyciu zrywamy. Ja taką formę bardzo lubię, zaraz po maseczkach w płachcie, bo bardzo łatwo się ją ściąga i nie trzeba się zbytnio babrać. Ma ona właściwości antybakteryjne oraz wyciszające, uspokajające cerę po wszelkich zabiegach pielęgnacyjnych.

Maseczek należy szukać w sklepach Rossmann.


Pewnie wiele z Was, szczególnie te, które obserwują różne blogerki beauty, różne youtuberki spotkało się kiedykolwiek z maseczką, która po nałożeniu bąbluje. Jest to bardzo efektowne zjawisko. Taką maseczkę ma w swojej ofercie właśnie 7th Heaven. Maseczka wykazuje właściwości detoksykujące. Zawarty w niej węgiel, anyż gwiazdkowy oraz tlen oczyszczający wnikają głęboko w pory skóry, usuwając zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Po nałożeniu na skórę przyjemnie musują i masują twarz. Po jej użyciu skóra jest gładka, oczyszczona, odświeżona, nawilżona a pozostałe serum z samej płachty można jeszcze wsmarować w skórę.


Szmery, bajery... moje serce jednak najbardziej podbiła maseczka ultranawilżająca, wyprodukowana na biodegradowalnej, bambusowej płachcie. Moja skóra odkąd większość czasu spędzam w domu, uległa pogorszeniu, jest bardzo sucha, do tego stopnia, że m.in. na czole łuszczy się. W ruch poszły wszelkie kremy nawilżające, ale jednak największe efekty były po zastosowaniu tej maseczki, wreszcie mogłam cieszyć się skórą gładką, niczym pupcia niemowlaka. Maseczka jest bezzapachowa, ale najważniejsze jest działanie, a tutaj nie mam zarzutów.


Jakby ktoś chciał to wieczorem może stać się np. tygryskiem, a to za sprawą maseczek w płachcie, które mają nadrukowane różne, zazwyczaj zwierzęce wzory. Na pewno sprawi ona, że na twarzy innych domowników, a przede wszystkim Was samych pojawi się uśmiech. Możecie również przy użyciu właśnie tej maseczki od 7th Heaven zrobić mini SPA wraz z córką albo młodszą siostrą. Na pewno będzie to ogromna frajda dla takiego przynajmniej 8-letniego dziecka. Maseczka przepięknie pachnie owocami - truskawką i jabłkiem, działa nawilżająco i odprężająco. 


Osoby, które kochają maseczki peel-off mogą sięgnąć po zestaw składający się z węglowej maseczki oraz pasków do strefy T. Właściwie zaaplikowana maseczka oczyszcza skórę z zanieczyszczeń, oraz martwego naskórka, a także reguluje wydzielanie się sebum. Sposób użytkowania jest bardzo prosty, z tyłu na produktach znajdziecie dokładne instrukcje, na pewno nikt nie będzie miał z tym problemu. 


Na stronie znajdziecie również maseczki dla dojrzałych kobiet z serii Renew You, zakupicie je m.in. w drogeriach Natura. W tej serii znajdziecie m.in. złote płatki pod oczy z kolagenem. Po Sylwestrze niejedna osoba będzie niewyspana, a to idealny sposób na pozbycie się obrzęków spod oczu. Dzięki wzbogaceniu o koenzym Q10 i soję poprawi się również wygląd skóry, stanie się ona nawilżona, gładsza i rozjaśniona.

Wśród tych wszystkich maseczek dojrzycie także maseczkę przeciwzmarszczkową w kremie, która dzięki zawartości ekstraktu z algi morskiej oraz roślinnego kolagenu wypełnia zmarszczki, zmniejszając je, a także przyspiesza produkcję kolagenu w skórze. Dodatkowo zapobiega utracie wody i przywraca elastyczność i sprężystość.

Nie wszystkie maseczki odnalazłam na stronie, ale są one łatwo dostępne w Internecie, nie są one drogie, kosztują po kilka złotych. Wybór maseczek od 7th Heaven jest przeogromny. Każdy potrzebuje chwili dla siebie, a takie maseczki na pewno pomogą się zrelaksować. Dużym plusem, jak dla mnie jest umieszczenie na stronie po prawej u góry licznika, z którego każdy może skorzystać w trakcie aplikacji maseczki i kontrolować, czy wskazany na opakowaniu czas już minął.

A teraz pozostaje mi życzyć Wam szczęśliwego Nowego Roku 2021! Niech spełnią się Wasze postanowienia!

PODPIS
Święta, święta i po świętach, a po świętach...

17:47

Święta, święta i po świętach, a po świętach...


Święta, święta a po świętach... dużo naczyń do mycia. Choć mamy XXI wiek nie każdy z nas ma w domu zmywarkę, nadal wielu z nas musi zmywać naczynia ręcznie, ani to przyjemne, chyba nikt nie lubi tej czynności, ani nie wpływa zbyt dobrze na stan naszej skóry. Niestety bardzo dużo płynów do naczyń ze względu na swój chemiczny skład niszczy naszą skórę. Warto poszukać jakiejś alternatywy. Ja ją już znalazłam, zmywarki nie zakupię, ale za to znalazłam idealne zamienniki dla tradycyjnych płynów do naczyń - bawełniane mydła kuchenne od Moss Labs. Jest to zupełna nowość na rynku.


Te mydła kuchenne są w 100% naturalne, nie znajdziecie w ich składzie nic sztucznego, dlatego też możecie w nich czyścić nie tylko brudne po obiedzie naczynia, ale również myć dłonie, o czym trzeba pamiętać zawsze, a w szczególności teraz, a nawet z pomocą tych płynów możecie przemywać owoce i warzywa, i wcale nie czuć potem takiego chamskiego, chemicznego posmaku.  Na tę chwilę, na stronie mydła dostępne są w 3 wersjach zapachowych: imbir i bergamotka, rozmaryn i mięta oraz wrzos i lawenda

Jeśli dopłacimy 4,99 zł, otrzymamy kartonowe, ekologiczne pudełeczko z wyciętym okienkiem w kształcie serca - idealne naprezent. W prawdzie już po świętach, ale myślę, że nikt nie obraziłby się na Świętego Mikołaja, który gdzieś zabłądził. Zarówno na opakowaniu jest informacja o produktach, jak i dostajemy tajemniczą zieloną kopertę z ulotką, która mówi nam nieco więcej o pomyśle na produkcję takich mydeł 3 w 1. 

Przyznajcie mi rację, że taka jedna butelka, wygląda o wiele lepiej w kuchni przy zlewie, aniżeli miałyby tam stać dwie butelki: jedna z płynem do naczyń oraz druga z mydłem do przemycia rąk. Jest to oszczędność miejsca, dbałość o skórę naszych dłoni oraz oszczędność pieniędzy - taka 360 ml buteleczka z dozownikiem kosztuje obecnie na przecenie jedyne 9,99 zł.


W recepturze marka zastosowała najnowszy, naturalny olejek z nasion bawełny, wzbogaciła go dodatkowo w zależności od wersji o wyciąg z korzenia imbiru i naturalny olejek z bergamotki lub olejek rozmarynowy i wyciąg z mięty lekarskiej, lub o mój ulubiony wyciąg z kwiatów wrzosu oraz naturalny olejek lawendowy. To w tym ostatnim połączeniu się zakochałam. Całość uzupełnili o naturalną alantoinę, a także o pro-witaminę B5 i wiele innych naturalnych dodatków, a wszystko po to, by stworzyć coś niezwykłego, coś, co zastąpi syntetyczne płyny do naczyń i mydła do rąk, coś naturalnego, bezpiecznego dla nas i dla środowiska. Dodatkowo udało im się stworzyć właściwość, o której nikomu się nie śniło, że coś takiego powstanie, kto by pomyślał parę lat wstecz o produkcie do mycia owoców i warzyw... Większość popukałaby się w głowę.

Opakowanie, jest bardzo praktyczne, nie trzeba już mokrymi, śliskimi dłońmi sięgać po butelkę z płynem do naczyń, a przy okazji chlapać po całej kuchni wodą, wystarczy użyć nadgarstka, nacisnąć dozownik a płyn sam wyleci. Jest to też o wiele bardziej higieniczne. 360 ml produktu wystarcza na około miesiąc dość intensywnego użytkowania, a musicie wiedzieć, że u mnie naczynia myje się w domu nawet kilka razy dziennie, ja sama myję zazwyczaj od razu po ubrudzeniu, nie zbieram ich w zlewie, więc tego płynu idzie zazwyczaj naprawdę sporo, ja też go nie żałuję. Wynik zużycia, wydajności jest naprawdę dla mnie imponujący. Na pewno na jeszcze dłużej wystarczy ten produkt osobom, które preferują technikę zbierania naczyń i późniejsze mycie. 

Najważniejsze jest jednak działanie - płyn świetnie radzi sobie z rozpuszczeniem zaschniętych, tłustych zabrudzeń z talerzy, z patelni, ze zmyciem z dłoni np. smarów, farb, a akurat u mnie niektórzy lubią się pobrudzić takimi trudno zmywalnymi substancjami. Choć nie pieni się to mydło aż tak mocno, efekty po myciu są zadowalające, a dodatkowo pięknie wszystko pachnie. 

Z bawełnianym mydłem kuchennym koniecznie musi zapoznać się każda perfekcyjna pani domu, jest to środek niezbędny w domu, warto wybrać świadomie produkt, który nie szkodzi. Jeśli będziecie następnym razem rozglądać się za płynem do naczyń to rozważcie zamówienie na próbę mydła kuchennego od Moss Laboratories, a nuż i Wy staniecie się jego fanami. A może już mieliście przyjemność stosować ten produkt? Jak Wam się on sprawdził?

Blogmas 16-26.12.2020

19:15

Blogmas 16-26.12.2020


Święta, święta i po świętach... Ostatnie dni to było szaleństwo, nie w głowie mi było korzystanie z komputera, dlatego też dopiero dzisiaj stwierdziłam, że dokończę nasz tegoroczny blogmas i otworzę ostatnie okienka naszego kalendarza adwentowego. Oto moje ostatnie 11 propozycji blogów, na które według mnie warto zajrzeć.

16 grudnia - Na Wysokim Obcasie
17 grudnia - Józwowska
18 grudnia - Życie w rytmie tanga
19 grudnia - Just do one step
20 grudnia - Dusiiiak
21 grudnia - Simply my life
22 grudnia -  Mada blog
23 grudnia - Wind of renewal
24 grudnia - Chucky Lucky
25 grudnia - Shikatemeku
26 grudnia - Barwne

Koniecznie dajcie mi znać w komentarzu, jak Wam podobała się tak forma blogmasu i takiego kalendarza adwentowego. Zobaczymy, może w przyszłym roku przeprowadzimy podobną akcję, ale tym razem na pewno będzie ona lepiej zorganizowana. 

PODPIS
Blogmas 08-15.12.2020 i 8 propozycji blogowych

18:42

Blogmas 08-15.12.2020 i 8 propozycji blogowych


Do świąt coraz bliżej, to ostatnia pora, aby upiec przepyszne pierniczki, które następnie możemy zawiesić na naszej choince. Ja pierniczki piekę na święta od kilku lat, korzystając z różnych przepisów, testowałam również przeróżne gotowe mieszanki na pierniczki z pudełka, dopiero w tym roku znalazłam przepis idealny, z którego pierniczki wychodzą rewelacyjne - przepis cioci Teresy, cioci Ani Bardowskiej z małą modyfikacją samej Ani. Przepisem tym Ania podzieliła się na swoim kanale YouTube. 

Powiem Wam, że jeszcze nigdy nie jadłam pyszniejszych pierniczków, produkcja przebiegła szybko i sprawnie, ciasteczek wyszło sporo, choć nie rozwałkowywałam ciasta zbyt mocno. Do świąt jeszcze trochę czasu, a połowy pierniczków już nie ma, wystarczy spróbować jedno i potem nie można się od nich oderwać. Świetnie smakują wraz z mlekiem, nie dziwne, że Święty Mikołaj tak je uwielbia. Nie będę kopiowała Wam tutaj tego przepisu, lecz zostawię Wam link do filmu Ani - CZY TO JESZCZE VLOGMAS? PIECZEMY PIERNICZKI!. Przepis pojawia się ok. 5 minuty filmu. 

A teraz pora na 8 zaległych propozycji blogowych:
8 grudnia - damazprowincji - lifestyle'owy blog małżeństwa, które pokazuje, że wschód Polski wcale nie jest taki dziki, zacofany.
9 grudnia - niewyparzona pudernica - blog kobiety, które nie przebiera w słowach, mówi otwarcie to, co myśli, wcale nie jest tak cukierkowo, słodko, jakby mogłoby się wydawać po pierwszym rzucie okiem. 
10 grudnia - kokorinoo - blog przepięknej Pauliny, która zachwyca swoimi stylizacjami, ale nie tylko, w najnowszym wpisie, którym wraca do blogowania, Paulina dementuje ciążowe mity i zabobony.
11 grudnia - mamaginekolog - blog medyczny, skierowany zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn. Współtworzy go Nicole - z zawodu ginekolog wraz z wieloma innymi osobami, które mogą podzielić się swoją wiedzą z zakresu medycyny. 
12 grudnia - lublins - blog 20-letniej Natalii, mieszkającej na wschodzie Polski. Na jej blogu znajdziecie mnóstwo inspiracji na outfity oraz sporo przeróżnych recenzji, dzięki którym już nigdy więcej nie kupicie czegoś, co jest kompletnym bublem.
13 grudnia - dbuniek - propozycja znad morza, skąd pochodzi autorka bloga. Dorota jest moją rówieśniczką, na swoim blogu dzieli się swoimi przemyśleniami, tym jak dba o swoją urodę, swoimi stylizacjami. Z jej bloga można czerpać wiele radości oraz inspiracji . 
14 grudnia - mightyycarolinee - Karolina to dziewczyna wszechstronnie uzdolniona, bloguje, grywa w filmach, jest dziennikarką, a od niedawna zadebiutowała swoim utworem "Żyj jak lubisz", w 2017 roku została również półfinalistką Miss Wielkopolski. 
15 grudnia - we're gonna start a fire - Agata na swoim blogu, a od jakiegoś czasu również na kanale YouTube dzieli się otwarcie swoimi przemyśleniami, nie raz się jej za to oberwało, a mimo to się nie poddała. Na jej kanale znajdziecie m.in. filmy o edukacji domowej. 

A Wy pieczecie pierniczki u siebie w domu? W tym roku już upiekliście?

PODPIS
Podróż słodkim wehikułem czasu

20:55

Podróż słodkim wehikułem czasu


Wielu z nas lubi czasem powrócić do czasów swojego dzieciństwa i skosztować coś, co często kupowało za dzieciaka np. w sklepiku szkolnym czy w jakimś osiedlowym sklepie. Ja urodziłam się dopiero w 2002 roku, ale wiele takich kultowych słodyczy, o których nadal się wspomina, miałam przyjemność skosztować. Teraz coraz trudniej kupić w sklepie, chociażby "Murzynki", w moim osobistym słowniku widnieją one pod hasłem "ciepłe lody" i szczerze, nawet nie wiedziałam, że noszą one jakąś konkretną nazwę i tutaj widać, że człowiek uczy się całe życie.  Na szczęście istnieją nadal takie firmy jak MAKO Rogowo, dzięki którym możemy za pomocą zmysłu smaku cofnąć się o te kilkanaście czy kilkadziesiąt lat wstecz i poczuć się dzieckiem, a co więcej smakołykami z naszego dzieciństwa mogą zajadać się także kolejne pokolenia. Produkty, które dzisiaj przedstawię, na pewno zna wielu z Was, więc koniecznie zapraszam, wsiądźcie wraz ze mną do tego wehikułu czasu, razem odkryjmy na nowo te smaki!


Ciepłe lody, to coś, co kocham ❤. Niestety, tak jak napisałam, coraz trudniej je znaleźć w sklepach, szczególnie w supermarketach. Czasami pojawią się, gdzieś w mniejszym markecie, ale zdarza się to niezwykle rzadko. Pamiętam, że kiedy byłam młodsza, ciepłe lody można było znaleźć wszędzie, w różnych formach, duże, małe, z różnymi motywami - klasyczne lub ze zwierzątkami, czego tylko dusza zapragnęła. Niekiedy trudno było się zdecydować, jakiego loda chcemy. Ciepłe lody to był hit przez cały rok, nie tylko w zimie. Zawsze był dylemat - cebularz czy ciepły lód, jednak zawsze tę bitwę wygrywał ciepły lód, w końcu, jakie dziecko nie połasiłoby się na coś słodkiego.

"Murzynki", dalej zwane nadal ciepłymi lodami, pomimo upływu lat nadal smakują tak samo dobrze. Można je jeść na 2 sposoby: trzymając w ręku, jak tradycyjnego, zimnego loda i po prostu spożywać kęs po kęsie lub pierw łyżeczką, jeśli tylko takową mamy pod ręką, zjeść polewę oraz piankowe wypełnienie, a na końcu skonsumować wafelek. W obu wersjach  jest to ten sam doskonały smak, a lód rozpływa nam się w ustach. 

Inną formą ciepłych lodach niż te w waflowym kubełku są "Całuski". "Całuski" są mniejsze od takich tradycyjnych ciepłych lodów, ale tak samo pozwalają się rozkoszować smakiem tej niezwykle delikatnej pianki, chrupiącego wafelka oraz polewy czekoladowej. Niebo w buzi! 


Z dzieciństwa pamiętam również takie rurki z kremem, niestety nigdzie nie mogłam na nie trafić, aż odnalazłam je na stronie MAKO i to w kilku wariantach. Rurki te wypełnione są podobnym kremem piankowym, jak ciepłe lody, smakują bardzo podobnie, choć nie mamy tutaj czekoladowej polewy. Taką rurkę w przeciwieństwie do np. "Murzynków" możemy postawić na stole, kiedy zawitają do nas jacyś goście i wcale się nie powstydzimy, że sami nic nie przygotowaliśmy, rurki są tak pyszne, że znikną w 2 minuty, dlatego warto zabezpieczyć się w większą ich ilość, a dodatkowo wyglądają bardzo estetycznie. Co ważne krem piankowy stosowany w wyrobach nie jest za słodki, nie jest mdlący, jest w sam raz. Poczujemy słodycz, ale nie będziemy potem mieć uczucia przymulenia. 


Kapryśną królową wypieków, która spędza sen z powiek cukierników, jest beza 👑. Bardzo trudno uzyskać idealną bezę w domu. Sama próbowałam nie raz i niestety próby te zakończyły się fiaskiem. Trzeba mieć naprawdę talent, aby upiec bezę idealną. 

Czasami chce się czegoś słodkiego, lekkiego, warto wtedy sięgnąć po beziki. Są to kolorowe mini bezy o różnych smakach. np. różowe - truskawkowe, żółte - cytrusowe, białe są klasyczne. Takie beziki sprawdzą się również przy dekorowaniu tortów czy innych ciast, sama miałam takie beziki na swoim torcie na 18 urodziny, gdyż przybranie mojego tortu stanowiły wyłącznie owoce oraz słodycze. W smaku beziki różowe oraz żółte przypominają mi takie cukierki pudrowe, które zawieszane były na sznureczku, tworząc zegarek. Beziki to świetny klasyk, który sprawdzi się w każdej sytuacji.

Zdarza się, że szykuje się nam jakaś większa okazja i chcielibyśmy zaskoczyć czymś naszych gości, ale pozostało nam niewiele czasu. Wtedy warto wykorzystać gotowe, dobrej jakości półprodukty w swojej kuchni, takie jak np. gniazdka bezowe czy krążki do tortów. Najbliższa okazja idealna na wykorzystanie takich półproduktów to Sylwester. Wystarczy dodać bitą śmietanę, ulubione owoce i desery gotowe, a jeszcze lepiej, gdy słodycz bezy spróbujecie przełamać smakiem jakiegoś kwaśnego owocu. Jeśli jesteście osobami niebojącymi się wyzwań, gniazdka możecie spróbować nadziać, jakimś fajnym kremem np. kawowym i posypać startą czekoladą, pokruszonymi biszkopcikami i stworzyć tiramisu w innej formie, ogranicza Was tylko kreatywność. Zajmie Wam to kilka minut, a na pewno nie jedna osoba z grona zaproszonych gości będzie pozytywnie zaskoczona smakiem zaserwowanych przez Was deserków. Podejrzewam, że o ile z tortami bezowymi część Waszych gości się spotykała to jednak te gniazdka bezowe będą dla nich nowością, gdyż nie podaje się ich za często ze względu na ich delikatność, mało kto porywa się na ich wytworzenie. Beza jest niezwykle krucha, dlatego jestem pod wrażeniem, że tylko jedno gniazdko ucierpiało w trakcie transportu. Krążki, tak jak i pozostałe słodkości dotarły w stanie nienaruszanym, dzięki porządnemu zabezpieczeniu. 

Firma MAKO ma w swojej ofercie wiele innych słodyczy, na których widok pocieknie Wam nie tylko ślinka, ale również i łza, łza takiego smutku, że te czasy dziecięcej beztroski już nie wrócą, odeszły bezpowrotnie, zobaczycie, jak to życie mija, przelatuje Wam między palcami. Jeszcze niedawno ganialiście się, grając w berka, bawiliście się w chowanego, a teraz coraz starsi, poważniejsze życie, rodzina, dom, praca...

Kojarzycie te produkty? Co jest takim Waszym smakiem z dzieciństwa?

PODPIS
Copyright © Melka blogerka , Blogger