Jak wygląda moje wymarzone wesele?

19:22

Jak wygląda moje wymarzone wesele?


Trzeba kuć żelazo, póki gorące, jak to mówią, dlatego postanowiłam napisać Wam, jak wygląda w mojej głowie ten mój wymarzony ślub i wesele, skoro wyraziłam już taką chęć w poście urodzinowym. Do mojego osobistego raczej daleko, bo i nie ma na razie z kim, ale kto wie, jak się życie ułoży. Na pewno wpis będzie wspaniałą pamiątką dla mnie na przyszłość, być może wrócę kiedyś za X lat do niego i zobaczę, czy to wszystko, co sobie wymarzyłam się spełniło, a może zainspiruje również kogoś z Was. Musicie wiedzieć, że ja uwielbiam tematykę ślubną, wszelkie programy w telewizji, kanał na YouTube Izabeli Janachowskiej, filmiki i zdjęcia ze ślubów i wesel innych, obcych mi ludzi. No po prostu kocham, kocham, kocham. Szkoda, że nie mam zbyt dobrego oka do sztuki, bo może bym została wedding plannerką, haha. 


1. Ślub kościelny, cywilny czy konkordatowy?

Ślub konkordatowy, jeśli tylko będzie taka możliwość. Myślę, że chciałabym mówić słowa przysięgi przed ołtarzem i już teraz mogę Wam powiedzieć, że jeśli do takiej sytuacji dojdzie to pewnym jest, że się poryczę, więc tusz na rzęsach musi być wodoodporny, a w pobliżu muszą być chusteczki. Zawsze, ale to zawsze na takich podniosłych uroczystościach szklą mi się oczy i trudno mi powstrzymać się od płaczu. Nawet te oglądane tylko na ekranie komputera. No beksa ze mnie straszna, cóż poradzę.//

2. Czym do ślubu?

Na pewno nie bryczką i na pewno nie limuzyną, nie, nie, nie. Do mojej koncepcji ślubu, którą bliżej poznacie nieco dalej, o wiele bardziej pasowałby samochód w stylu retro. No nie wiem, jakiś Fiat 125P, Syrenka czy Warszawa a może Volkswagen "Ogórek"... Jak szaleć to na całego.

3. A co ze stylizacją?

Myślę, że chciałabym, aby suknia w jakiej pójdę do ołtarza, była dość skromna, lekka, nieprzytłaczająca mnie. Raczej nie zdecyduję się na suknię z salonu, bo te nie do końca mi się podobają, a będę szukać tańszej alternatywy np. w takich butikach jak Kulunove. Włosy na bank będę miała spięte w jakiegoś luźnego, romantycznego koka, bo u mnie żadne loki nie utrzymają się nawet przez godzinę. Już nie raz się o tym przekonałam. Chyba musiałby zdarzyć się cud, aby było inaczej. We włosy chciałabym mieć wpiętą jakąś ozdobę biżuteryjną i welon, welon nie za długi, aby nie plątał się wokół. Do tego jakaś subtelna biżuteria, stonowany makijaż, pedicure i manicure a na nogi... a na nogi raczej założę buty na średniowysokim, stabilnym obcasie, które i tak pewnie potem przebiorę na płaskie, aby móc bawić się na maksa albo będę tańczyć boso. Gdzieś tam zaznajamiałam się również z tematem specjalnych ślubnych butów tanecznych, więc je również bym rozważała. No i zapomniałabym kwiaty, dużo kwiatów wokół i kwiaty w bukiecie w jasnych odcieniach, jasnoróżowych, brzoskwiniowych z zielenią, bardzo rustykalnie.
 

4. Sala weselna

No i tutaj w tym miejscu rozjaśni się jaka koncepcja zrodziła się w mojej głowie. Otóż sale glamour są nie dla mnie, nie czułabym się dobrze w takim miejscu. Jak wiecie, ja jestem taka swojska, zwykła dziewczyna ze wsi z Dzikiego Wschodu żadna dama ze mnie. O wiele bliżej mi do takich boho klimatów, natury, dlatego chciałabym, aby moje wesele odbyło się w jakiejś gospodzie albo... sali-stodole. Dokładnie tak, nie przewidzieliście się w sali-stodole np. takiej jak Folwark Ruchenka. Dekoracje bardzo proste, dużo elementów naturalnych, kwiatów, odpowiednie oświetlenie, aby stworzyć taką niepowtarzalną magię po zmroku. Adrianna z kanału True Beauty umieściła ostatnio takie boho sale, sale-obory, jak to ona powiedziała w antytrendach ślubnych, ponieważ powiedziała, że taka sala może kojarzyć się gościom z pracą, a ja uważam, że wręcz przeciwnie, że dobrze zorganizowane wesele w takim wnętrzu może pomóc gościom tak wyluzować, zapach drewna, siana, możliwość wyjścia i tańczenia pod gołym niebem, jeśli oczywiście pogoda pozwoli. Najbliżsi i taki sielski klimat - magia. Marzy mi się takie wesele z... 

5. DJ czy kapela?

I tu przechodzimy do kolejnego zagadnienia, czyli muzyki. Marzy mi się taka prawdziwa biesiada w tej mojej  wymarzonej sali-stodole, dlatego postawiłabym na kapelę grającą na żywo na instrumentach, potrafiącą zagrać tak pod nóżkę, grającą także przy stołach, znającą różne weselne przyśpiewki, które pomogłyby rozruszać towarzystwo. DJ kompletnie  nie pasuje do mojej wizji wesela na 102, takiego jak za dawnych lat.


Ahhh, pomarzyć sobie zawsze można, nikt nam nie zabroni. Tak naprawdę wszystko to jest decyzją dwojga i jest kwestią dogadania się, chyba że przyszły Pan Młody poddaje się przyszłej małżonce w 100%, ale niech ten mój przyszły mąż, który gdzieś tam chodzi po świecie nie myśli sobie, że z tych kilku elementów zrezygnuję, haha.

Organizacja ślubu i wesela już za Wami czy dopiero przed? Mieliście jakieś swoje wizje jak to ma wyglądać?



Kosmetyki naturalne marki Ala - piękno płynące z natury

22:22

Kosmetyki naturalne marki Ala - piękno płynące z natury

 
Niepodważalnym faktem jest, że o Matkę Ziemię należy dbać, gdyż jest ona cennym źródłem surowców, bez których trudno byłoby nam żyć. Wiedzą o tym nawet najmłodsi, od małego uczą się podstawowych zasad dbania o środowisko, takich jak oszczędzanie wody, energii, segregowanie śmieci, nieniszczenie napotkanych przez siebie roślin. W ostatnim czasie również coraz więcej kobiet decyduje się na stosowanie kosmetyków w 100% naturalnych, niezawierających w swoich składach żadnych sztucznych składników. Producentem kosmetyków w pełni naturalnych jest między innymi polska marka kosmetyczna Ala, która w czerwcu kończy rok. Sto lat, wszystkiego najlepszego! Założycielką marki jest modelka Kasia Struss, którą część Was na pewno kojarzy a nazwa pochodzi od imienia jej córki - Alice. 

Firma dba o największy detal, dzięki czemu każdy klient będzie czuł się w pełni zaopiekowanym a natura będzie wdzięczna. Kosmetyki pakowane są w ciemne szklane opakowania albo tekturowe, tak jak stick, który pokażę Wam w dalszej części wpisu. Następnie lądują one w kartonie wypełnionym tekturowymi ścinkami a do jego zaklejania służy papierowa taśma. Dodatkowo w środku można znaleźć  książeczkę z szarego papieru zawierającą opisy kosmetyków i instrukcję, jak właściwie krok po kroku wykonywać pielęgnacje oraz miły dodatek w postaci kartki z podziękowaniami za zaufanie marce Ala. Ogromny plus za to, że marka dba o takie detale i nie używa do pakowania folii pod żadną postacią.

 
W kolekcji marki Ala znalazło się 8 produktów do pielęgnacji twarzy i ciała: serum rewitalizujące do twarzy, olejek jojoba, łagodny peeling do twarzy, wielofunkcyjny sztyft do twarzy i ciała, hydrolat z róży damasceńskiej,  kremową emulsję do mycia twarzy, lekki krem nawilżający oraz eliksir przeciw niedoskonałościom. Ceny tych kosmetyków wahają się od 45 zł do 129 zł. Jeśli chcecie nieco zaoszczędzić, warto rozważyć zakup gotowego zestawu kosmetyków np. za zestaw zawierający emulsję do mycia twarzy, hydrolat i krem nawilżający zapłacicie 185 zł, kupując te produkty oddzielnie, cena wzrasta do 205 zł. 20 zł to dość spora różnica, do tych 20 zł możecie dołożyć kolejne 25 zł i dokupić np. olejek jojoba.
 

Na sam początek opowiem Wam, co nieco o dwóch kosmetykach zamkniętych w podobnych 30 ml opakowaniach wyposażonych w pipetę, czyli o rewitalizującym serum oraz olejku jojoba. Co ciekawe, opakowania są niemalże identyczne, natomiast produkty są z dwóch skrajnych półek, jeśli chodzi o cenę: olejek jojoba to w tej chwili najtańszy produkt oferowany przez firmę Ala (45 zł), natomiast serum - najdroższy (129 zł). Jeśli chodzi o zapach, oba kosmetyki pachną bardzo delikatnie, co ja akurat uważam za plus, bo nie lubię mieć na twarzy intensywnie pachnących kosmetyków, gdyż mnie to mocno rozprasza. Oba kosmetyki są odpowiednie dla wszystkich typów cery.

Zadaniem serum jest nawilżenie i regeneracja naskórka, a także opóźnienie starzenia się skóry i zapobieganie przed pojawieniem się zmarszczek. Serum szybko się wchłania, skóra po jego użyciu nie lepi się, jest miękka i wygładzona. Regularne stosowanie może doprowadzić również do wyrównania kolorytu skóry twarzy. 

Olejek jojoba z kolei tłoczony jest na zimno z certyfikowanego surowca organicznego, nie jest rafinowany, dzięki czemu zachowuje wszystkie swoje cudowne właściwości. Można stosować go nie tylko na skórę twarzy, a także na włosy i paznokcie. Na skórę twarzy działa antyoksydacyjnie, zmiękcza ją i nawilża, pomaga walczyć ze zniszczonymi włosami regenerując końcówki oraz odżywia paznokcie. Olejek jest jednym z oferowanych przez markę produktów kierowanym również do wegan. 


Co jakiś czas warto również wykonać peeling twarzy, aby to zrobić, warto zainwestować w dobrej jakości peeling, który dobrze oczyści skórę, ale jej nie podrażni. Scrub od marki Ala łączy w sobie zalety peelingu i nawilżającej maski. Dokładnie oczyszcza skórę, usuwa martwy naskórek, a zarazem ją nawilża i przygotowuje do odbudowy świeżego naskórka. Scrub jest dedykowany dla osób z cerą normalną, mieszaną, problematyczną, zmęczoną i posiadającą przebarwienia. Zapach jest nieco mocniejszy niż w przypadku poprzednich produktów, trochę według mnie cytrusowy, ale nie jest też zbyt przesadzony. 50 ml opakowanie scrubu to koszt rzędu 89 zł. 


Cytrusami pachnie również sztyft przeznaczony do twarzy i do ciała. Wielozadaniowy, masełkowaty w konsystencji niczym pomadka do ust sztyft nawilży suchą skórę, a także złagodzi podrażnienia powstałe np. po goleniu, a także przyśpieszy regeneracje skóry. Tak jak mówiłam Wam już na samym początku, produkt zamknięty jest w eleganckim, tekturowym opakowaniu, łatwym w użyciu a co najważniejszym ekologicznym, gdyż można poddać go po zużyciu recyklingowi. Myślę, że nie będzie wyolbrzymieniem jeśli nazwę stick bestsellerem marki, świadczy o tym, chociażby fakt zdobycia tytułu laureata nagrody Wizaz.pl: Kosmetyk Wszech Czasów 2021 w kategorii kosmetyk multifunkcyjny pielęgnacja ciała. 20 g sztyftu kosztuje 49 zł.


Kolejnym produktem, który mogą stosować również weganie i dostosowanym do wszystkich rodzajów skóry, jest hydrolat z róży damasceńskiej. Hydrolat jest niezwykłym wybawieniem, szczególnie teraz w ciągu dnia, kiedy jest gorąco. Spryskanie twarzy przynosi ulgę i uczucie odświeżenia skóry twarzy po ciężkim dniu. Dodatkowo jest ona wyczuwalnie nawilżona i wygładzona. Zapach jest bardzo przyjemny, wiosenny, kwiecisty, jak przystało na różę, kobiecy. 100 ml buteleczka kosztuje na stronie 53 zł. 


Na stronie również znajdziecie co nieco do mycia twarzy w postaci bardzo delikatnej emulsji. Emulsja świetnie nadaje się do mycia twarzy i zmywania makijażu. Czyści skórę dokładnie, ale przy tym nie niszczy bariery ochronnej skóry, nie podrażnia jej. Po jego użyciu skóra jest bardzo miękka i nawilżona. Zapach jest bardzo subtelny, praktycznie niewyczuwalny. Dzięki pompce aplikacja produktu jest bardzo prosta, łatwo odmierzyć odpowiednią ilość. Buteleczka o pojemności 100 ml kosztuje 63 zł. Z emulsji również mogą korzystać osoby o wszystkich typach cery oraz oczywiście jest ona wegańska. 


Siódmym produktem w kolekcji jest nawilżający krem, który również został zamknięty w wygodnej w użyciu buteleczce z pompką. Krem szybko wchłania się w skórę i pozostawia ją przyjemną w dotyku, gładką, nawilżoną, bez tłustego filmu. Buteleczka ma pojemność 50 ml albo aż 50 ml, bo krem jest naprawdę bardzo wydajny i wystarczy na długo. Niewielka ilość spokojnie wystarczy, aby pokryć całą twarz i w pełni cieszyć się wspaniałymi efektami. Krem idealnie sprawdza się na dzień, dzięki lekkiej, nieobciążającej skóry konsystencji, ale również i na noc. Cena kremu to 89 zł. 


Ostatnim, bardzo magicznym produktem, o czym świadczy słowo eliksir w nazwie, jest eliksir przeciw niedoskonałościom, zawierający w swoim składzie olejek z drzewa herbacianego, który jak wiemy, potrafi zdziałać wiele dobrego. Eliksir głęboko oczyszcza skórę z toksyn, zwęża rozszerzone pory, a także niweluje zaskórniki. Dodatkowo pomaga w walce z trądzikiem, przez co dedykowany jest osobom posiadającym cerę tłustą, problematyczną, cechującą się nadmiernym wydzielaniem sebum. 100 ml magii kosztuje tylko 49 zł. 

Marka Ala oferuje 8 konkretnych produktów do pielęgnacji w pełni naturalnych, dodatkowo część z nich odpowiednia jest również dla wegan, co myślę, zasługuje na pochwałę. Na pochwałę jeszcze raz zasługuje również to, w jaki sposób pakowane są kosmetyki, za ogromną konsekwencję w działaniu. Chapeau bas! Kosmetyki kierowane są za równo do kobiet, jak i mężczyzn w różnym wieku, z całego świata. Opakowania produktów choć stworzone w minimalistycznym stylu, są zarazem bardzo eleganckie. Na pewno każdy znajdzie coś, co go zainteresuje.

A Wy co myślicie o kosmetykach naturalnych? Używacie? Mieliście do czynienia z marką Ala, słyszeliście o niej?

PODPIS

Operacje plastyczne, co ja o nich sądzę?

11:38

Operacje plastyczne, co ja o nich sądzę?

Ostatnio w Internecie zawrzało i wcale nie chodzi mi o tę najświeższą dramę toczącą się Instagramie dotyczącą wpisu znanej influencerki. Jeśli śledzicie YouTube'a, to pewnie wiecie, że ostatnio jedna z najpopularniejszych youtuberek w Polsce z ponad 2 milionami subskrypcji na koncie - Wersow zdecydowała się na operację plastyczną a dokładniej na powiększenie piersi. Nie mam w zwyczaju komentować takich dram, newsów. Mój blog nie jest przecież blogiem commentary. Takie newsy znajdziecie na wielu kanałach na YouTube - REVO, Dramcia, Vogule Poland, Prostracja i kilku innych, ale raczej nie u mnie. Sytuacja Weroniki stała się jednak inspiracją, aby napisać wpis, o tym co ja sądzę o takich zabiegach. 

Ja jestem bardzo tolerancyjna w wielu kwestiach, wychodzę z założenia, że każdy jest inny, że każdy ma własne potrzeby, własny rozum i może sam o sobie decydować tym bardziej jeśli chodzi o ciało. Wielu widzów zwróciło uwagę na to, że brat Weroniki - Kacper powiedział, że jemu nie do końca podoba się to, co zrobiła, nie popiera jej decyzji. Kurczaki, przecież to jej ciało, Wersow jest dorosłą osobą, to jej ma się podobać, ona się ma dobrze czuć. Jeśli ona czuje się z powiększonymi piersiami lepiej to, czemu nie, nie widzę w tym żadnego problemu. Ogromne chapeau bas dla Weroniki, że zdecydowała podzielić się z innymi tym, co przeżywała przed i po operacji, choć momentami było ciężko i widać było, że cierpi.

Czy ja zdecydowałabym się na jakąkolwiek operację plastyczną w przyszłości?

Nie, nie zdecydowałabym się. Dlaczego? Już wyjaśniam:

Po 1. nie czuję takiej potrzeby, podobam się sobie taka, jaka jestem. Nie wydaje mi się, abym potrzebowała więcej.

Po 2. gdy oglądałam filmik Weroniki i zobaczyłam jak ona cierpi po operacji, to stwierdziłam, że to nie dla mnie, ja panicznie boję się takiego bólu, choć nigdy go nie doświadczyłam. Z tego samego powodu nie zdecydowałabym się też pewnie na tatuaż czy piercing. 

Po 3. to nie tani interes i najzwyczajniej nigdy raczej na to mnie nie byłoby stać a nawet jeśli to skoro wewnętrznie tego nie potrzebuję, to wolałabym te pieniądze przeznaczyć na coś innego np. na jakąś fajną podróż za granicę albo po Polsce.

Tak czy inaczej, choć ja nie zdecydowałabym się, to nie uważam, aby konieczne było traktowanie operacji plastycznych jak jakieś wielkie zło. Osoby wykonujące takie operacje nie wyrządzają nikomu krzywdy. Wiadomo, wszystko w granicach rozsądku. Nie do końca popieram przesadne operacje plastyczne, jakieś wycinanie żeber, wczepiane sobie implantów na twarzy, które przypominają rogi, przebarwianie gałek ocznych na czarno czy inne takie hardcorowe operacje, bo takich decyzji możemy gorzko żałować po latach, ale powiększenie ust czy piersi - czemu nie. 

A Wy co sądzicie na ten temat?

PODPIS

Nie chcę być niewolnikiem Instagrama!

10:00

Nie chcę być niewolnikiem Instagrama!


Do napisania tego wpisu skłoniła mnie jedna z relacji instagramowych Marzeny @naturalnie_piekna_blog. Jeśli ktoś z Was ją widział, to na pewno ją będzie kojarzył. Niestety chyba nie jest ona nigdzie zapisana. Marzena opowiedziała, bardziej opisała w niej jakie emocje budzą w niej social media,  głównie Instagram. Pewnie pamiętacie, jak jakiś czas temu pisałam, że przeprowadziłam metamorfozę swojego profilu na Instagramie @melkablogerka, zmieniłam nazwę, bio, wyróżnione relacje, oczyściłam listę obserwujących itd., bo chcę go wreszcie zacząć regularnie prowadzić. Niestety życie zweryfikowało te moje plany. Ale od początku...


Blogowanie jest obecnie chyba moją największą pasją. Pisanie,  robienie, a także obrabianie zdjęć są dla mnie ogromną frajdą. Uwielbiam to robić. Wasze komentarze, wiadomości tylko napędzają ten znajdujący się we mnie motorek. 

Instagram jednak i ten świat social mediów bardzo mnie przytłoczył i nieco z tego bloga zniknęłam. Na początku miałam ogrom siły i motywacji, aby faktycznie robić coś więcej na swoim koncie na Instagramie, regularnie dodawać posty, relacje, ale jak się okazało to nie mój klimat, ja tego nie czuję. Czułam się obco na swoim własnym profilu, jak nie ja. Instagram wyssał ze mnie całą energię, zabierał ogrom mojego czasu, powoli zaczynałam plątać się w jego sidła.

Sytuacji nie ułatwiały rady instaspecjalistów, z których próbowałam korzystać, aby jednak ten profil nabrał kolorytu. Każdy mówi, co innego, rób to, nie rób tego, jeden mówi dodawaj hasztagi, drugi nie dodawaj hasztagów, możesz edytować posty, nie możesz edytować postów. W mojej głowie zapanował totalny mętlik.



Instagram to nie jest moje miejsce, nie czuję tego, najswobodniej czuję się tutaj z Wami na blogu. Oczywiście będę swojego konto na Instagramie nadal prowadzić, ale na swoich zasadach. Jest to miejsce otwarte dla wszystkich. Dodaję tam posty, relacje na różne tematy, ale wtedy kiedy mam na to czas i ochotę. Nie muszę być mistrzem na Instagramie. Każdy ma inny talent. 

Pamiętajcie, że Wy też nie musicie być mistrzami we wszystkim! To, że czegoś nie potraficie, Was nie przekreśla! Jesteście nadal W-S-P-A-N-I-A-L-I!

PODPIS
Czary-mary z Revers Cosmetics

22:32

Czary-mary z Revers Cosmetics


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami... Stop! Przecież ja nie miałam pisać bajki, z resztą nie potrafię, chociaż w podstawówce pisałam opowiadania. Chyba to dzisiejsze słoneczko za bardzo mi przygrzało, haha. Bajki Wam nie napiszę, ale chciałabym Wam przedstawić kilka produktów do makijażu marki Revers Cosmetics, które ostatnio miałam przyjemność wypróbować i pokazać Wam, co udało mi się zmalować z  ich wykorzystaniem.  Jesteście ciekawi?


Swój makijaż rozpoczęłam od nałożenia na uprzednio wypielęgnowaną twarz  podkładu Naked Skin Match beauty blenderem. Jako że się ostatnio co nieco opaliłam, wybrałam podkład w kolorze Cremy Natural (numer 03),  z  żółtymi tonami i według mnie był to strzał w samą 10. Kolor pasuje idealnie. Podkład zamknięty jest w szklanej buteleczce z pompką o pojemności 30 ml. Jest to o wiele lepsze, wygodniejsze rozwiązanie niż np. przy podkładzie Fix Mat, który pokazywałam Wam jakiś czas temu. Fix Mat sprzedawany jest w przeciwieństwie do Naked Skin Match w odkręcanej tubce i jeśli musimy go dołożyć, to musimy najpierw ją niekiedy brudnymi rękoma odkręcić. Natomiast Naked Skin Match wystarczy delikatnie, nawet nadgarstkiem przycisnąć pompkę i bez problemu można go dołożyć, nie brudząc miejsca wokół nas. Podkład jest lekki, ma delikatne krycie, nie tworzy na twarzy maski. Efekt zmatowienia również jest dosyć subtelny. Dla mnie jest to efekt w sam raz na jakieś wiosenne czy letnie wyjście, nie przesadzony, bardzo naturalny. Skóra jest odświeżona i faktycznie można zauważyć ten efekt wygładzenia skóry. Cena to 16,69 zł. 



Na jakiejś większe niedoskonałości, które mi wyskoczyły, na przebarwienia i pod oczy nałożyłam korektor w płynie Camouflage. Jeśli chodzi o korektor, zdecydowałam się na najjaśniejszy kolor, noszący numer 101. Jestem pozytywnie nim zaskoczona. Choć konsystencja korektora jest dość lekka, bardzo dobrze on kryje, ładnie wtapia się w skórę. Co więcej, 10 ml opakowanie kosztuje jedyne 8,99 zł. 


Całość zmatowiłam odrobiną pudru matującego HDBeauty. Puder  HDBeauty jest bardzo podobny do pudru Fix Mat, różni się według mnie tylko opakowaniem i nieco kolorem, jest od Fix Mat nieco ciemniejszy, choć oba wybrałam w kolorze numer 02. Puder przyjemnie aplikuje się, nie ma nieprzyjemnego zapachu, nie pyli się przy aplikacji, a co najważniejsze dobrze matuje, nie tworzy efektu ciastka, nie warzy się. Niektórym może brakować lusterka, ale mi to nie przeszkadza. Cena opakowania o pojemności 9 g to 9,49 zł. 


Następnie przeszłam do konturowania twarzy i tutaj do wyboru miałam 2 produkty: paletkę do konturowania HDBeauty Pro Contour Palette o numerze 01 zawierającą rozświetlacz, róż oraz bronzer albo puder w kulkach HDBeauty Illuminating Pearls o numerze 10. Rozświetlacz i róż nałożyłam z tego pierwszego zestawu, natomiast bronzer zmieszałam z kulkami. Produkty z tego trzyczęściowego zestawu są naprawdę mocno napigmentowane, więc trzeba być ostrożnym, aby nie przeholować, bo to tego niedaleko. Szczególnie jest to niebezpieczne jeśli nie macie wprawy tak jak ja, musiałam mocno uważać. Przeholować można jedynie z rozświetlaczem, jego nigdy nie za mało, haha. Natomiast perełki są bardzo subtelne, ładnie się mienią. Można nimi delikatnie wykonturować twarz. Nie do końca podoba mi się to, że wśród perełek są te dość mocno pomarańczowe, myślę, że o wiele lepiej pasowałby tutaj delikatny brąz, ale spośród 3 dostępnych wersji kolorystycznych ta i tak odpowiada mi najbardziej.  Cenowo są te produkty dość zbliżone, 12,5 g paletka kosztuje 14,99 zł, natomiast 19,5 g opakowanie perełek 10,99 zł.  



Brwi podkreśliłam linerem Eyebrow Cream Liner a bardziej jest to taka pomada do brwi.  Ja bardzo rzadko podkreślam brwi przez to, że są one i tak dość ciemne, ale w przypadku tego makijażu zrobiłam wyjątek. Dla siebie wybrałam kolor numer 1, czyli blonde. Czy to taki blonde? Nie wydaje mi się. Jest on naprawdę dość ciemny. Dla mnie jest on w sam raz, choć mam dość ciemne włosy i brwi. W zestawie oprócz słoiczka z produktem jest pędzelek ze szczoteczką, do ujarzmienia włosków, co jak najbardziej zasługuje na pochwałę, uznanie marki, że postanowili dodać taki gadżet. Produkt aplikuje się naprawdę przyjemnie i łatwo. Ja delikatnie uzupełniłam jedynie ubytki, aby brwi stały się odrobinę wyraźniejsze, ale nie szalałam, zależało mi na jak najbardziej codziennym, nieprzerysowanym efekcie. 8 ml opakowanie z pędzelkiem to koszt 13,99 zł. 


Makijaż oka wykonałam takim kolorystycznym kwartetem - paletką HDBeauty Eyeshadow Kit. Wybrałam jak najbardziej neutralne kolory, ale inne niż zazwyczaj używam. Tym razem nie wybrałam nic z brązami, złotem a  zdecydowałam się na coś z grafitem. Paletka jest niezwykle kompaktowa, w sam raz do torebki, tym bardziej, że producent dodał pacynkę, więc zawsze można poprawić makijaż oka, kiedy coś nam się wytrze. Jedyne co to musicie mieć dostęp do lusterka, bo w paletce go nie ma. Wśród 4 cieni mamy 1 perłowy, 1 satynowy, 1 matowy i 1 metaliczny. Ich pigmentacja, jest satysfakcjonująca szczególnie w przypadku tych dwóch najciemniejszych kolorów, nie jest wow, ale jest znośna. Niestety ten grafitowy kolor strasznie mi się osypywał podczas aplikacji i musiałam nieźle się z nim nagimnastykować z nim. Cena tej paletki to 9,99 zł. 


Jeśli cienie to dla Was za mało możecie dodatkowo podkreślić oko kredką automatyczną Smart Liner. Kredka jest dość miękka a na drugim końcu opakowania została umieszczona gąbeczka, za pomocą której można łatwo rozetrzeć nowopowstałą kreskę. Myślę, że ten produkt na pewno spodoba się osobom, które lubią taką formułę. Mnie o wiele bardziej do gustu przypadł eyeliner, ale to osobiste preferencje. Cena takiego linera to 5,99 zł. Myślę, że niewiele jak na taki produkt. 


Na podkręcone zalotką rzęsy nałożyłam wodoodporny tusz Goliath, płakać ani kąpać się nie miałam zamiaru, ale wiecie przezorny zawsze ubezpieczony. W ostateczności nieco zmokłam, więc mogę Wam potwierdzić, że faktycznie tusz działa, tak jak powinien. Nie spłynął i nagle wyglądał nieskazitelnie, rzęsy nie były posklejane, były ładnie rozczesane i podkreślone. Są 3 rzeczy, na których punkcie mam bzika: rozświetlacze, pomadki i tusze do rzęs. Ten zdecydowanie wyląduje wśród tych ulubionych. Kosztuje on 10,99 zł.


Ostatnim krokiem było nałożenie pomadki również z serii HDBeauty w kolorze 09 o pięknej nazwie Bella. Gama kolorystyczna jest przeogromna. Ja oczywiście wybrałam dosyć bezpiecznie pomadkę w kolorze takiego zgaszonego różu z domieszką czerwieni. Oczywiście też ja nieco ułamałam końcówkę, w oryginale jest ona bardziej zaostrzona. Pomadka jest w konsystencji bardzo masełkowa, nie lepi się i ładnie pachnie. Krycie jest rewelacyjne, nie pozostawia prześwitów, trwałość jest również zadowalająca. Cena pomadki to 10,49 zł, ja na pewno zaopatrzę się w inne kolory, bo jeszcze kilka mnie kusi. 


Efekt wygląda następująco. Jak ten makijaż potrafi zmienić człowieka... Ja na co dzień raczej wyglądam jak na zdjęciu przed albo mam na twarzy swoją trójcę, czyli rozświetlacz, pomadkę i tusz do rzęs. Takie pełniejsze makijaże wykonuję raczej tylko do zdjęć i to nie zawsze albo na jakieś większe wyjścia. Jestem leniuszkiem w tej kwestii. Według mnie na produkty Revers Cosmetics warto zwrócić uwagę, szczególnie na pomadki do ust i tusze do rzęs. Warto również śledzić ich profil na Instagramie @reverscosmetics, bo co jakiś czas marka organizuje konkursy, w których można wygrać ich kosmetyki. 

PODPIS

Copyright © Melka blogerka , Blogger