19:02

Zabieram Was na księżyc, czyli Andy Weir i "Artemis"

Zabieram Was na księżyc, czyli Andy Weir i "Artemis"

19:02

Zabieram Was na księżyc, czyli Andy Weir i "Artemis"


Kolejna recenzja książki, ja tę książkę mam już od pewnego czasu w swojej biblioteczce, lecz dopiero teraz postanowiłam Wam ją przedstawić. Andy'ego Weira możecie kojarzyć z powieści "Marsjanin", którą zekranizował Ridley Scott. "Artemis" jest pierwszą powieścią tego autora, którą miałam przyjemność przeczytać, oglądałam "Marsjanina", ale wiadomo, że to nie to samo, więc nie mam zbyt dużego porównania pomiędzy tymi dwoma pozycjami. 

Zacznijmy od początku. Tytułowe Artemis jest jedynym istniejącym jak dotąd miastem na Księżycu. Składa się ono z pięciu ogromnych, wielu poziomowych baniek, połączonych między sobą korytarzami. Poszczególne bańki różnią się między sobą, w jednej są sami technicy i specjaliści, w innej zaś hotele i sklepy. Wszystko w książce jest dokładnie opisane. Główna bohaterka, 26-letnia Jasmine "Jazz" Bashara opisuje miasto oraz życie w nim bardzo dokładnie. Mieszka w nim już 20 lat. Jazz pracuje jako doręczycielka, dorabia sobie też drobnym przemytem. Poznajemy ją w trudnym dla niej momencie, Jasmine oblewa egzamin uprawniający ją do oprowadzania turystów po Księżycu, co dałoby jej poprawić swoją sytuację materialną, kupić większe mieszkanie. Nie może się z tym pogodzić.  W pewnym momencie wplątuje się w coś bardzo niebezpiecznego, coś, co zagrozi jej życiu, życiu jej ojca oraz reszty mieszkańców.



W mojej ocenie "Artemis" nie jest złą książką, ale do historii Marka Watneya  jej daleko. Bardzo podobały mi się opisy funkcjonowania na Księżycu, to wszystko było przedstawione w bardzo ciekawy sposób i bardzo realistycznie. Momentami książka stawała się nudna i chciało się aż ją zamknąć, odłożyć na półkę i zapomnieć. Nie jest najgorsza, ale można by nad nią jeszcze trochę popracować. Cóż, odbyłam podróż na Księżyc, nie wychodząc z domu. Jeśli ktoś miał do czynienia z "Marsjaninem", nie do końca będzie zadowolony tą pozycją, pozostawia ona lekki niedosyt, ale jak najbardziej nowym czytelnikom powinna przypaść do gustu. 

A Wy? Mieliście z nią do czynienia?

12:38

Pielęgnacja po niemiecku

Pielęgnacja po niemiecku

12:38

Pielęgnacja po niemiecku



Witam Was moi drodzy w tę słoneczną niedzielę. Przychodzę do Was z troszkę inną formułą wpisu, nie będzie to ani recenzja, bo na razie zbyt wiele o tych produktach nie wiem, nie będzie to też haul, ponieważ te kosmetyki dostałam. Skąd? Przyjechały do mnie prosto z Niemiec wraz z moją siostrą. Pierw jednak chcę powiedzieć Wam o czymś innym. Kilka dni temu na blogu We♥blogs ukazał się post BLOGERKI, DO KTÓRYCH WARTO ZAJRZEĆ! || BLOGOWANIE, a wśród wymienionych blogów znalazł się nasz Gangstyle'owy blog. Jest nam niezmiernie miło i serdecznie dziękujemy za wyróżnienie. Takie drobne rzeczy, miłe komentarze, obserwacje dają nam niezwykłego kopa do dalszego działania. 

Przejdźmy jednak do sedna, jak widać na pierwszym zdjęciu, tych kosmetyków jest od groma, ale kilka z nich się dubluje, powtarza, postaram się jak najbardziej wszystko skrócić i Was nie zanudzić. Nie wszystko jest też dla mnie, są też produkty np. dla mojej mamy. Nie pokażę Wam w tym też we wpisie produktów męskich. Jak widać, przeważa ilość kosmetyków Lavera, na których głównie się dzisiaj skupimy. 

Lavera Naturkosmetik jest firmą, która od samych początków swojego istnienia stawia na naturę, dlatego też ich kosmetyki są w pełni naturalne, nie zawierają silikonów, parafiny, olei mineralnych, nie są testowane na zwierzętach, wiele z nich jest wegańskich. Nie wiem jak z dostępnością stacjonarną w Polsce, ale wiem, że wiele polskich drogerii internetowych, aptek ma ich kosmetyki w sprzedaży. Między innymi Cocolita ma olbrzymią gamę ich produktów. Trzeba tylko troszkę poszperać.


Wśród produktów, które dostałyśmy wraz z mamą, znalazły się produkty od pielęgnacji ust, twarzy, po pielęgnacje włosów, twarzy. Są pomadki ochronne do ust: z olejem migdałowym oraz bio-jojoby 4,5 g, z filtrem SPF 10 4,5 g, różowa z mlekiem migdałowym oraz masłem kakaowym 4,5 g ,a także maseczki: przeciwzmarszczkowa z koenzymem  Q10 2x5 ml, regenerująca z bio-żurawiną i bio-olejem arganowym 2x5 ml, jest oczyszczający peeling 50 ml.


Moja mama dostała zestaw z kwasem hialuronowym, olejem Karanja, białą organiczną herbatą: ujędrniające serum 30 ml oraz ujędrniający krem do twarzy 50 ml







Mama dostała również nocny eliksir, regenerujący skórę - krem odżywczo - nawilżający Rival de Loop 50 ml. Z tego, co widziałam można zakupić, go na Allegro.


Przechodzimy do ostatniej kategorii, czyli pielęgnacji ciała oraz włosów. W tej kategorii mam dla Was 2 produkty od Lavera: rewitalizujący żel pod prysznic z pomarańczą i rokitnikiem 200 ml, krem-olejek do kąpieli i pod prysznic z bio-żurawiną i bio-olejem arganowym 200 ml. Oprócz Lavery pojawił się również szampon z olejkiem arganowym i kameliowym z Garniera, dobrze znanej również nam marki, szampon do włosów farbowanych z Isany oraz żel pod prysznic z Dove. 

Jak widzicie całkiem sporo produktów o różnym przeznaczeniu, z różnym składem. W dużej mierze przeważają jedna kosmetyki-bio z Lavery. Jak na razie testowałam tylko część z nich i jestem całkiem zadowolona. Jeśli spotkacie się z nimi kiedykolwiek, na pewno warto na nie zwrócić uwagę. 

P.S. Dzięki Bogu, że 5 przez 10 coś z niemieckiego umiem, bo byłoby słabo z rozszyfrowaniem ich przeznaczenia. Wszystko, po niemiecku. U nas produkty na półkach mają napisy w kilku językach a tu prawie sam niemiecki. 

09:50

Back to school: 6 aplikacji przydatnych do szkoły

Back to school: 6 aplikacji przydatnych do szkoły

09:50

Back to school: 6 aplikacji przydatnych do szkoły


Do wakacji jeszcze 272 dni, trzeba sobie jakoś ten czas umilić i ułatwić naukę. Dziś pokażę Wam 6 aplikacji, które niejednokrotnie uratowały mi samej tyłek, które mi pomogły wielokrotnie. Może któraś z nich przyda się również i Wam. Zapraszam! 

1. QUIZLET

2. FISZKOTEKA


Quizlet i Fiszkoteka to dwie dość podobne aplikacje, osobiście ja częściej wybieram Quizlet, bardziej mnie przekonuje. Obie z nich pozwalają na robienie fiszek lub korzystanie z gotowych zestawów utworzonych przez innych użytkowników. Ja bardzo często korzystam z Quizlet przed klasówkami z angielskiej leksyki, wyszukuję czy może nie ma już gotowego zestawu, sprawdzam zgodność z tym, co w podręczniku i uczę się. Quizlet sam przygotowuje dla mnie testy, przypomina o zaplanowanych powtórzeniach. 



Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie korzystał z tej lub z podobnej aplikacji. Photomath jest chyba bezkonkurencyjną aplikacją w dziedzinie matematyki. Wystarczy, że przepiszemy lub zeskanujemy nasze równanie, aby po chwili, otrzymać gotowe rozwiązanie wraz z wyjaśnieniami, co krok po kroku zostało wykonane. Aplikacja nie zawsze sobie radzi, ale w większości przypadków daje radę i rozwiązuje zadania, a nawet przygotowuje odpowiednie wykresy, jeśli potrzeba. Może nie jest to aplikacja na dłuższą metę, raczej do korzystania okazjonalnie, aby np. sprawdzić wynik, ale na pewno jest warta uwagi. 

4. POMOCNICZEK



Niedawno odkryłam też aplikację, "ulepszoną" wersję Photomath, która została rozszerzona o fizykę, chemię oraz angielski. O ile chemia i angielski to tylko przydatne informacje np. tabela czasowników nieregularnych to w fizyce występują kalkulatory do fizycznych zadań. Ja z fizyką się pożegnałam, więc raczej zostanę tylko przy Photomath, ale jeśli macie jeszcze fizykę to aplikacja jak najbardziej pomocna. 

5. NOTEBLOC





Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy nie lubiłam nosić zeszytów czy podręczników do szkoły, kiedy wiedziałam, że mam np. sprawdzian, ale u mnie występowała pewna sprzeczność - nigdy nie uczyłam się w domu, uczyłam się w szkole przed lekcją. No więc jak? Jak ja sobie z tym radziłam? Bardzo często robiłam zdjęcia, ale na zdjęciach czasami było bardzo trudno coś dostrzec. Skanować skanerem? Za dużo roboty. Odkryłam w pewnym momencie aplikacje, które skanowały nasze notatki ze zdjęcia, notatki były czytelne, przejrzyste, wszystko było dokładnie, starannie przycinane i nie trzeba było już targać zeszytów. Obecnie raczej mamy po kilka zajęć z tego samego przedmiotu dziennie, więc musiałam troszkę z tego zrezygnować, bo tak czy tak podręczniki i zeszyt na drugą godzinę mieć muszę, ale może komuś z Was się to przyda. 


Jeśli przy nauce, pracy rozprasza Cię telefon, to jest aplikacja właśnie dla Ciebie. Wystarczy, że zasadzicie wirtualne nasiono, ustawicie czas nieprzerwanej pracy - min. 30 min. Po tym czasie smartfon poinformuje Was o drzewku, które właśnie wyrosło z nasionka. Proste? Nie do końca. Wasza praca może pójść na marne, jeśli np. opuścicie aplikacje przed upłynięciem czasu, drzewko wtedy uschnie. Aby zasadzić cały las potrzeba wiele pracy, wiele czasu, ale satysfakcja jest, efekty Waszej pracy są widoczne. 

To by było na tyle. Napiszcie koniecznie, czy kiedykolwiek korzystaliście z jakiejś aplikacji ułatwiającej naukę, funkcjonowanie w szkole. Jeśli tak, to jakiej?

19:10

"Wyznanie" Jo Spain

"Wyznanie" Jo Spain

19:10

"Wyznanie" Jo Spain


Pozostaniemy jeszcze w klimacie książek, książek z nutką tajemniczości. Chciałabym zaproponować Wam jeszcze jedną książkę od Wydawnictwa RM, mowa o thrillerze psychologicznym "Wyznanie"

Pewnego spokojnego, jakby mogło się wydawać wieczoru do luksusowego domu Harry'ego McNamary wszedł obcy mężczyzna i skatował bankowca na śmierć, na oczach jego żony Julii. W trakcie czytania książki pojawia się wiele pytań: Dlaczego żona nie starała się pomóc mężowi? Co kierowało mordercą? O co w tym wszystkim chodzi? Sprawa jest tym bardziej dziwna, że napastnik JP Carney jeszcze tej samej nocy, zgłosił się sam na policję i przyznał do winy. 


Cała ta historia opowiedziana jest z poziomu 3 narracji - Julii, żony ofiary, JP - sprawcy oraz Alice - policjantki prowadzącej śledztwo. Wszystkiego dowiadujemy się stopniowo, po nitce do kłębka. Sporo emocji, sporo zwierzeń, ale też z drugiej strony dochodzenie. Każda z historii mogłaby funkcjonować jako samodzielna książka i to jest niesamowite. Może tego nie widać po moim blogu, ale bardzo lubię takie zagadnienia psychologiczne, ogromną frajdę sprawiło mi to, że mogłam wejść w tok rozumowania bohaterów, zobaczyć jak funkcjonują w środowisku. Tej książki się nie czyta, ją się po prostu pochłania. Jeśli szukacie jakiegoś ciekawego thrillera psychologicznego, który będzie trzymał w napięciu do samego końca, to to jest właśnie ten.

22:16

"Wtyczka" Duane Swierczynski

"Wtyczka" Duane Swierczynski

22:16

"Wtyczka" Duane Swierczynski


Kiedy za oknem słota, nie ma lepszego sposobu na spędzenie wolnego czasu, jak książka, ciepła, aromatyczna herbata i kocyk. Ja na taką okoliczność mam do zaproponowania Wam książkę "Wtyczka" Duane Swierczynski, którą znajdziecie na stronie Wydawnictwa RM


Niech Was nie zwiedzą pozory, nie rezygnujcie po kilku pierwszych rozdziałach. Akcja rozkręca się powoli, powoli wciąga i gwarantuję Wam, że po przeczytaniu jej do końca niejednokrotnie do niej tej historii powrócicie. W książce opisana jest historia nastolatki - Sarie, której życie wywróciło się do góry nogami przez to, że znalazła się w nieodpowiednim miejscu, nieodpowiednim czasie z nieodpowiednim chłopakiem. Ze wzorowej studentki, stała się policyjną wtyką. Jak?! Nie chcę zdradzać Wam zbyt dużo. Jeśli jesteście ciekawi, sięgnijcie po książkę. 


Największą uwagę poza oczywiście samą historią, zwrócił niezwykle interesujący sposób narracji, który zastosował autor. Podstawą jest pamiętnik Sarie, ale co jakiś czas można spotkać opisy z punktu widzenia innych osób np. ojca czy młodszego brata Sarie. Daje to większy obraz zaistniałej sytuacji, dość niezwykłej, bo Sarie musi godzić życie studenckie z życiem policyjnej informatorki i wychodzi jej to nadzwyczajnie dobrze. Pomyślcie sobie, czy Wy dalibyście radę połączyć te dwa światy?


Patrząc na tę książkę jako na całokształt, mnie czytało się ją bardzo dobrze. Autor nie bał się użyć języka ulicznego. Nie można narzekać na nudę, na brak emocji. Zanim się spostrzegłam, nadszedł koniec, który pozostawia nutkę tajemniczości, dalsze losy bohaterki pozostają tylko naszymi domysłami. Jeśli szukacie jakiegoś kryminału, który będzie lekki, przyjemny to polecam Wam właśnie "Wtyczkę". Czyta się ją jednym tchem, 2-3 wieczory i koniec. 

08:53

Pielęgnacja twarzy w wykonaniu kosmetycznej minimalistki

Pielęgnacja twarzy w wykonaniu kosmetycznej minimalistki

08:53

Pielęgnacja twarzy w wykonaniu kosmetycznej minimalistki


Witajcie moi drodzy! Jak Wam minął dzień? Mam nadzieję, że wspaniale. Ja dzisiaj przychodzę do Was z kontynuacją jednego z kwietniowych wpisów (MOJA (NIE)ZWYKŁA PIELĘGNACJA WŁOSÓW). Dziś opowiem Wam co nieco o mojej pielęgnacji twarzy, która również nie jest zbytnio skomplikowana. Nie mam bardzo problematycznej cery, więc również i w tym zakresie ograniczam do minimum ilość kosmetyków. 


W prawdzie mam skórę suchą, do niedawna walczyłam z krostami, które pojawiały się głównie na skroniach. W walce z suchością pomagały mi produkty Novaclear z serii Atopis, które kiedyś dla Was recenzowałam (JAK DBAĆ O SKÓRĘ WRAŻLIWĄ | NOVACLEAR). Stosowałam także zwykły krem Nivea, znany od lat, w moim przypadku sprawdzał się bardzo dobrze. Pozostał jednak problem tych krostek. W międzyczasie pojawił się na mojej półeczce żel do mycia twarzy od BasicLab, który także doczekał się swojego wpisu (OCZYSZCZANIE TWARZY Z BASICLAB). Ograniczyłam się do minimum i zaczęłam używać głównie tego produktu. Nakładałam go na silikonową ośmiorniczkę i jazda. No i powiem Wam, że jestem mega zaskoczona. Po krostkach nie ma śladu, żadnych blizn, nic. Czasami coś gdzieś wyskoczy, ale to naturalne.


Teraz kiedy bardzo dużo czasu spędzam na zewnątrz, podstawą u mnie jest krem z filtrem. Jak na razie stawiam, na ten od Betterland ten, o którym Wam opowiadałam jakiś czas temu (O SKÓRĘ TRZEBA DBAĆ!). Powoli się już kończy, ale na pewno zaopatrzę się w kolejną buteleczkę. 


Zbliżamy się do końca, a może wracamy na początek? O mało a zapomniałabym o jednym z ważniejszych produktów, czyli o toniku. Ja w tym momencie wykańczam tonik z Ziaji. Wcześniej stosowałam kilka innych, ale niestety powodowały one u mnie straszne uczucie pieczenie i zraziłam się trochę do toników. Dałam szansę Ziaji i jak na razie jestem zadowolona. Dla mnie tonik ma przywrócić odpowiednie PH skórze, nie oczekuję od niego cudów. Raz na jakiś czas nakładam na twarz maseczkę. 

Jak widzicie w zakresie pielęgnacji czy to włosów, czy twarzy, jestem ogromną minimalistką, co mi z całej półeczki produktów, kiedy nie miałabym czasu ich zużyć?  Wszystko ma swój termin przydatności i nie ukrywam, czasami go naginam o te kilka miesięcy, czasami coś się gdzieś dobrze skryje i leży kilkanaście nawet miesięcy nie używane rzecz jasna. Do niedawna nie wykonywałam nawet zbytnio makijażu, ale o tym z resztą pojawi się wkrótce odrębny wpis, więc czekajcie.

19:31

Back to school: Haul lumpeksowy

Back to school: Haul lumpeksowy

19:31

Back to school: Haul lumpeksowy


Już 2 tygodnie nauki za nami. Niektórzy mają już nawet pierwsze oceny w dzienniku. Do końca września postaram się dodać wszystkie zaplanowane wpisy Back to school. 

Dzisiejszy będzie już 4. postem. Tym razem pora na lumpeksowe zakupy. Na początku sierpnia pojawił się pierwszy haul lumpeksowy na blogu, tamten haul akurat załapał troszkę temat powrotu do szkoły i można powiedzieć, że to właśnie on otworzył serię Back To School na blogu. O ile w tamtym pojawiły się głównie torebki, to ten będzie poświęcony tylko i wyłącznie ubraniom.

Zdjęcia zrobiłam spontanicznie, korzystając z ostatnich promyków słońca tego konkretnego dnia. Jak na to, że robiłam je na szybko, przednią kamerką w spartańskich warunkach, bez statywu, opierając telefon o doniczkę na parapecie, to myślę, że źle nie jest. A Wy co sądzicie?


Pierwszą rzeczą, którą zgarnęłam do koszyka, był limonkowy top z New Looka. Szczerze, nigdy nie spodziewałabym się, że zakupię kiedykolwiek jeszcze takie rzeczy, jak te, które pokażę Wam we wpisie. Raczej nie jestem kolorowym ptakiem i stronię od wszystkiego, co rzuca się w oczy, stawiam na biel, czerń, szarość, a tutaj nagle limonkowy top i kolejny, jeszcze bardziej żarówiasty, neonowo-żółty. Za limonkowy zapłaciłam ok. 6 zł, a jest w idealnym stanie, rozmiarowo na metce 2XL, ale mi to nie przeszkadza, nawet lepiej, że jest taki luźniejszy, lejący się. Neonowo-żółty natomiast pochodzi oryginalnie z Primarka i jest nowy, widać, że nie był ani razu założony. Kosztował tylko 2zł, rozmiar na metce to L i tak też wypada. Drugi będzie służył raczej jako dodatek pod coś np. prześwitującą białą bluzkę. 


Kolejną zdobyczą jest bluzka z krótkim rękawem i delikatnym półgolfikiem, uwaga, z COS-a, więc naprawdę fajnie! Urzekł mnie przede wszystkim swoim pięknym, musztardowym kolorem. Stwierdziłam, że świetnie sprawdzi się w jesiennych stylizacjach, czarna spódniczka, ramoneska, botki na słupku i on. Jakość wymiata, stan idealny, a kosztował ok. 8 zł, więc żal byłoby go nie wziąć, tym bardziej że w oryginalnej cenie kosztował, a właściwie kosztuje 110 zł, bo można go spotkać nadal w internecie. 


Następna bluzeczka jest z kompletnie innej bajki. Wzory jak na obecnych dywanach, guziczki z przodu, niby Vintage, swoje lata ma, ale nie do końca, ma coś w sobie. Cieniutki, lejący się materiał, ale nie prześwitujący, pod linią guzików rozcięcie, z metki XL, ale dość luźne i oversizowe. Jedyną jej wadą jest brak jednego guzika na środku, ale ja sobie przeszyję ostatni guzik na jego miejsce. Tutaj w zestawieniu z dresami niekoniecznie, ale w zestawieniu z czarną spódniczką rozkloszowaną prezentuje się bardzo ładnie. Zapłaciłam za nią ok. 6 zł.


Za tę również dałam ok. 6 zł, a jest porządnie wykonana, bardzo ciężko było mi znaleźć białą bluzkę, która nie będzie prześwitywała zbyt mocno. Ta jest w naprawdę rewelacyjnym stanie, nie miała plam, żadnych śladów użytkowania. 


Koniec wakacji, początek jesieni to nadal dobry czas na noszenie sukienek. Ja kupiłam dwie, dwie różne, ale jak podobne. Obie w paski, obie z guzikami z przodu, obie wiązane w talii, obie koszulowe, za obie zapłaciłam w sumie mniej niż 40 zł. Do tej niebieskiej przekonała mnie moja mama. Ja i sukienka à la rybka?! Nie widziałam tego. Na dole jest dodatkowo jeszcze falbanka, więc sięga mi ta sukienka trochę nad kostki. Długo się zastanawiałam, broniłam przed nią, ale gdy ją założyłam, to się zakochałam. Podkreśla atuty, maskuje niedoskonałości. Szara również jest dość ładna, ale niebieska wygrywa całe zakupy według mnie. 


Na rozpoczęciu roku szkolnego pojawiłam się jednak w szarej sukience z Lidla, z jednej z kolekcji, która pojawiła się w sierpniu, krótko przed rozpoczęciem roku. Do niej założyłam czarną nerkę i białe tenisówki. Niestety po całym dniu była pomięta już fest, więc raczej na kilku godzinne wyjście nie na dłużej. 

A Wam co najbardziej przypadło do gustu z zaprezentowanych rzeczy?



Copyright © Melka blogerka , Blogger