17:53

Magia fotografii | Fotokalendarze FOTOBUM

Magia fotografii | Fotokalendarze FOTOBUM

17:53

Magia fotografii | Fotokalendarze FOTOBUM


Ludzie już od wielu lat utrwalają wspomnienia w formie zdjęć. Obecnie jednak coraz rzadziej te zdjęcia wywołujemy. Przechowujemy je na dyskach twardych, pendrive'ach, płytach, w chmurze. A co Wy na to, jakby wywołać zdjęcia, ale troszkę w innej formie np. jako kalendarz? To nie jest trudne. Istnieje wiele firm, które wykonują takie usługi, ale jedna w szczególności mnie zaintrygowała i mogę Wam ją serdecznie ją polecić. Jaka to firma? Zapraszam do dalszej części wpisu, przygotowałam również dla Was małą niespodziankę. 


Zbliżają się Mikołajki, postanowiłam zamówić kilka fotoPrezentów dla moich bliskich. Zaufałam firmie fotobum, która oferuje m.in. fotoKalendarze, fotoMagnesy oraz fotoGrafie. Zamawiałam już kiedyś u nich fotoMagnesy, które potem rozeszły się po rodzinie. Z fotoMagnesów byłam bardzo zadowolona. Z racji tego, że pomału rok 2018 dobiega końca, stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie zamówienie kalendarzy na 2019. 

Zamówiłam 2 kalendarze ścienne (po 13 zdjęć) oraz 1 mniejszy biurkowy (12 zdjęć). Koszt kalendarza bez względu na wariant to 29zł. Fotobum oferuje obecnie również kalendarze plakatowe z 1 wybranym zdjęciem. Cena regularna takiego plakatu 9.90zł. Przez cały weekend trwa przecena, więc dostaniecie go za jedyne 4.95zł. Wszystkie kalendarze, które ja wybrałam, Wam niżej podlinkuję. 







Kalendarze wykonane są z grubszego papieru, więc po upływie tego roku można sobie je wyciąć i oprawić w ramki. Co do jakości zdjęć również nie mam zarzutów, nic nie jest rozmazane, nie ma przebarwień. Wszystko jest takie, jakie było w podglądzie. Taki fotoKalendarz ma inną przydatną zaletę - zdjęcia możemy dowolnie konfigurować np. w grudniu wkleić zdjęcie ślubne, by pamiętać o kolejnej rocznicy. Wszystkie trzy kalendarze zostały zapakowane w kartonową teczkę, by nic się nie uszkodziło. Czas oczekiwania na paczkę nie jest duży, ja czekałam ok. 3 dni.

Obiecałam Wam niespodziankę. Otóż mam dla Was kod rabatowy, obniżający wartość zamówienia o 10%. Wystarczy, że w koszyku wpiszecie - mfnsun. I voila! Zaoszczędzicie! 

19:59

Złota, polska jesień w 30 zdjęciach

Złota, polska jesień w 30 zdjęciach

19:59

Złota, polska jesień w 30 zdjęciach


Jesień zawitała do nas na dobre i musimy się do tego dostosować. Dnie są coraz krótsze, coraz częściej kroczymy w deszczu. Wyjęliśmy już z szafy cieplejsze kurtki, szaliki, czapki, a nawet i rękawiczki. Kierowcy muszą rano wstawać wcześniej i skrzybać zaszronione szyby. Na dziś przygotowałam Wam wpis z kilkoma ujęciami naszej złotej, polskiej jesieni 2018. Zapraszam!


Na początku września, zaraz po rozpoczęciu roku miałam okazję uczestniczyć w 2-dniowym, integracyjnym wyjeździe klas pierwszych. Jednego dnia przeszliśmy się na chwilkę nad okoliczne jeziorko - jezioro bialskie, które jest jeziorem bardzo czystym jak nie najczystszym w naszym regionie. Jak widzicie na zdjęciach, w lustrze wody przepięknie odbijały się chmury. Można było się poczuć jakbyśmy byli ponad nimi. 


Ta jesień jest dla mnie wyjątkowa, bo jest to pierwsza jesień, którą spędzam z Rockym - moim psem. Podczas wspólnych spacerów mogłam zrobić kilka zdjęć, chociaż z takim wiercipnisiem było to nie lada wyzwanie. W jednej ręce telefon, w drugiej - smycz a na niej psa ciekawego świata. Oj było to trudne. Pomimo to udało mi się zrobić kilka zdjęć, chociaż model nie chciał pokazać pyska to i on ma swoją mini sesję.



Chcę Wam przypomnieć, że nie jestem profesjonalnym fotografem. Jeśli już robię zdjęcia to głównie, aby wrzucić coś nowego na Instagram (amelia.wolinska), tutaj na bloga lub żeby pobawić się trochę funkcjami aparatu czy aplikacji do edytowania zdjęć. Nie robię tego zawodowo. Nie uczę się też w żadnej szkole fotograficznej. Jestem zwykłym laikiem. Wszystkiego uczę się sama, na błędach.


Życie się ciągle toczy. Ja już doszłam do takiego momentu, że jestem w szkole średniej, która niestety lub stety znajduje się w mieście obok. Dopóki pogoda pozwala, korzystam z niej i jeżdżę rowerem. Ma to taki swój plus, że wystarczy wyjechać troszkę wcześniej i bez problemu znajdzie się czas, by się zatrzymać i zrobić zdjęcie wschodzącego słońca, mgły unoszącej się niczym puch nad łąkami, czy pociągu, który dopiero co wjechał na peron. Z powrotem natomiast można podziwiać zachodzące słońce i intensywny, pomarańczowy kolor nieba.



W ubiegłym tygodniu po powrocie ze szkoły, na niebie mogłam obserwować niesamowite zjawisko. Siedziałam w pokoju, gdy nagle niebo a w zasadzie chmury stały się jakby różowo-fioletowe. Wyszłam na szybko na dwór i zrobiłam w pośpiechu kilka zdjęć. Na żywo wyglądało to o wiele lepiej. Zdjęcia tego nie oddają w 100%. Popołudnie tego dnia było wyjątkowo piękne.


A jak wygląda jesień u Was? Macie jakieś zdjęcia u siebie na blogach lub na Instagramie? Zostawcie koniecznie swoje nazwy lub link. Już niedługo koniecznie nowy wpis! Jeśli jeszcze mnie nie obserwujecie to zróbcie to właśnie teraz!

23:00

Podróż za 100 uśmiechów | Lwów 2018

Podróż za 100 uśmiechów | Lwów 2018

23:00

Podróż za 100 uśmiechów | Lwów 2018


Kilka dni temu wróciłam ze Lwowa. Jesteście ciekawi, po co tam pojechałam? Co tam robiłam, a w zasadzie robiliśmy, bo nie byłam tam sama? Co sądzę o tym mieście? Co sądzę w ogóle o Ukrainie? To przejdźcie do dalszej części wpisu! 

24 października rozpoczęła się jedna z najpiękniejszych przygód, która mnie spotkała - wyjazd do Lwowa, dawnego, polskiego miasta. Nie był to zwykły wyjazd, zwykła wycieczka rekreacyjna, pojechaliśmy tam po coś więcej. Tak, pojechaliśmy, nie pojechałam, pojechaliśmy. My pojechaliśmy. My - Anioły. Pojechaliśmy tam w ramach pomocy charytatywnej. Przez kolejne dni odwiedzaliśmy kolejno dom dziecka, polskie przedszkole, sierociniec, Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej oraz Caritas. Jedynie ten ostatni dzień przed wyjazdem - sobota była dniem zwiedzania i liźnięcia historii Lwowa.


Pogoda nas nie rozpieszczała. Zarówno w dniu wyjazdu z Polski, jak i w kolejnych kilku dniach strasznie padało i było chłodno, ale pogoda nie była nam straszna. W końcu nie to się liczyło. Jechaliśmy tam z jakimś celem spędzenia czasu z tymi ludźmi, pokazania im, że pomoc nie polega tylko na dawaniu. Oczywiście zawieźliśmy ze sobą na Ukrainę jakieś drobne upominki w postaci ręczniczków, śliniaczków, żelów do kąpieli, szamponów, słodyczy, a nawet trampolinę, to wszystko dzięki osobom, które chciały pomóc i sfinansowały te dary. 


Pierwszego dnia, gdy zajechaliśmy do Lwowa, pojechaliśmy prosto do miejsca noclegu. Zdążyliśmy tylko się rozpakować z autokaru, przebrać się w nasze wolontariackie koszulki i ruszyliśmy od razu do domu dziecka. To chyba ten dzień, te chwile spędzone właśnie w domu dziecka zostaną nam najdłużej w pamięci. Następnego dnia odwiedziliśmy polskie przedszkole i wtedy zobaczyliśmy na własne oczy czym różną się dzieci, które mają rodziców od tych, którym w życiu się nie ułożyło. 

Dzieci w domu dziecka cieszyły się z każdej sekundy spędzonej z nami. Byliśmy podzieleni na grupy - 4 osoby na 20 dzieci. Każdemu dziecku trzeba było poświęcić troszkę czasu. Te dzieci były takie otwarte, same podbiegały, przytulały się, łapały za dłonie, by je, chociażby połaskotać. Fizycznie niemożliwym było złapanie ich wszystkich jednocześnie. Było widać, że one tego potrzebują. Te uśmiechy , szerokie, szczere były warte wszystkiego. Przed wyjazdem kilka osób zamartwiało się tym, jak my się z nimi dogadamy. Nie były to dzieci polskie, nie mówiły po polsku. Nasza sorka mówiła nam wtedy dwa słowa - językiem miłości. Na miejscu okazało to się prawdą. Nie ukrywając, dużo pomagały nam również panie opiekunki, które niektóre rzeczy tłumaczyły na ukraiński, ale jednak w wielu sytuacjach potrafiliśmy się sami dogadać. 

Gdy byliśmy w przedszkolu, te dzieci reagowały zupełnie inaczej. Już nie były tak otwarte. My również musieliśmy troszkę inaczej postępować, musieliśmy podejść do tego troszkę ostrożniej. Przedszkolaki mają swoje rodziny, wychowywane są różnie, każde ma w domu inne zasady, priorytety. Tutaj do każdego dziecka już trzeba było podejść bardziej indywidualnie - ten nie chce wyklejać ptaszków, ten chce taką zabawkę, a ten taką, a ten tego nie będzie robić. W domu dziecka nie miało to jakoś mocno znaczenia, jeśli robimy ptaszki, to robimy ptaszki, potem idziemy się bawić. Te dzieci tak jakby miały swoją dyscyplinę. Pani opiekunka powiedziała raz, że sprzątamy, bo podwieczorek i wszyscy sprzątają. W przedszkolu już niekoniecznie tak kolorowo było. 

Tego samego dnia czekał nas sierociniec oraz Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. W sierocińcu niestety nie zostaliśmy wpuszczeni do dzieciaczków, a to dlatego, że panowała wiatrówka, ale byliśmy, przekazaliśmy dary dyrekcji, dowiedzieliśmy, co jest im najbardziej potrzebne. 


Przed odwiedzinami w Towarzystwie Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej mieliśmy chwilkę wolnego na jedzenie, na jakiś obiad oraz krótki spacer po Lwowie, obeznanie się z tą częścią miasta, rozeznanie się na targu np. jakie pamiątki możemy zakupić. 



Wraz z grupką kolegów odkryliśmy wtedy super knajpę, w której troszkę się zasiedzieliśmy. Mogę Wam serdecznie polecić, jeśli będziecie we Lwowie, będziecie spacerować uliczkami Starego Miasta - Medivnia, istnie miodowa knajpa, wszystkie dania z dodatkiem miodu. Słodka rozpusta. 

Gdy wyszliśmy, okazało się, że leje i wieje. Nawet parasolki nic nie dawały. Spod Opery mieliśmy dojść z powrotem na rynek. Na szczęście pogoda się zlitowała i tylko mżyło. 

Plan na spotkanie z najstarszymi polakami mieszkającymi we Lwowie był taki - krótka część artystyczna z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości, robienie babeczek a przy tym porównywanie naszych młodości. Tej z XXI w. i tej z wieku XX. Co nas mile zaskoczyło, Ci ludzie byli mega otwarci, chociaż kilkoro z nich przyznało, że nie wyobrażali sobie tego spotkania, że myśleli, że nie będą mieli o czym rozmawiać z uwaga, cytuję - "gnojkami" jak my a wręcz przeciwnie. Rozmowy się rozwinęły, schodziły już na przeróżne tematy, niekoniecznie młodości a sytuacji na Ukrainie, w Polsce. Wielu z tych ludzi, dzięki nas mogło zaznać chociaż trochę tej Polski, bo np. byli tylko przejazdem, na chwilę. Zauważyliśmy również stosunek tych ludzi do Polski. Pieśni patriotyczne śpiewali wraz z nami, do Roty WSZYSCY bez wyjątków wstali, widzieliśmy ich wzruszenie podczas czytania wierszy. To było dla nich ogromne przeżycie. Opowiadali nam, jak walczą o odsłonięcie lwów na Cmentarzu Łyczakowskim, jak protestują. 


Ten dzień był pełen pracy. Piątek wyróżniał się troszkę mniej napiętym grafikiem. 




W piątek zostało nam odwiedzić ostatnią instytucję - świetlice Caritas. Tam naszym zadaniem było zapakowanie kilkuset magnesów w foliowe torebeczki oraz nawlekanie koralików na niteczki, z których później powstawały przepiękne korale. Mieliśmy też przyjemność poznać kilka innych osób, które uczestniczą w podobnym projekcie do naszego, lecz jednak z pewnymi wyjątkami.


Wieczór spędziliśmy z klasą we lwowskiej operze na spektaklu "Don Giovanni" Mozarta. Nasza sorka stwierdziła, że być we Lwowie i nie być w operze to grzech, tym bardziej, że bilet do opery jest bardzo tani.


Kolejne dwie godziny spędziliśmy, spacerując po lwowskim rynku, wstępując przy okazji na jakąś lekką kolację. Powiem Wam, że sprzedawcy, kelnerzy we Lwowie są bardzo mili. Myślę, że na pewno po części spowodowane to jest tym, że my byliśmy dla nich sporym źródłem zarobku. Wychodząc tego wieczoru z jednej wieczoru kelnerzy, każdemu z osobna powiedzieli "Do widzenia" oraz "Dobranoc" a była nas spora grupa. Przed wyjazdem spotkałam się w internecie, że jest zupełnie na odwrót, że wiele osób nie darzy tam Polaków szczególną sympatią.

W piątek nie wiedzieliśmy jeszcze, że sobota będzie tym najbardziej wyczerpującym dniem ze wszystkich.


Sobota była dniem zwiedzania i zarazem tym dniem, który najbardziej nas wykończył. Czekało nas sporo chodzenia po najróżniejszych zakamarkach Lwowa. Dowiedzieliśmy się dużo o powiązaniach Polski z Ukrainą, o czasach, gdy Lwów był miastem polskim, o wybitnych osobach, które kiedyś zamieszkiwały Lwów.



Punktem kulminacyjnym piątkowego zapoznania ze Lwowem było odwiedzenie Cmentarza Łyczakowskiego i Cmentarza Orląt Lwowskich. Mogliśmy na własne oczy zobaczyć te lwy, o które walczy Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, groby walczących w obronie Lwowa oraz groby wybitnych polaków tam pochowanych m.in. Marii Konopnickiej, Artura Grottgera. Pokrótce wysłuchaliśmy historii o tych osobowościach. 



W drodze powrotnej do hotelu zrobiliśmy jeszcze zakupy na drogę powrotną i wróciliśmy się pakować. 

W niedzielę pożegnaliśmy się ze Lwowem. Ostatnim punktem na naszej liście były odwiedziny u siostry Maksymiliany w polskiej parafii w Rudkach. Po śniadaniu zwiedziliśmy tam podziemia Sanktuarium, w których spoczywa m.in. Aleksander Fredro, część z nas uczestniczyła także we Mszy Świętej.  Po tym wszystkim ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. 

Wyjazd wspominam wspaniale. Dużo z niego wynieśliśmy. Dużo nauczyły nas również osoby, z którymi się spotkałyśmy. Wizyta w Domu Dziecka i Przedszkolu uświadomiła nam, jak ważna jest rodzina w życiu każdego z nas. Starsi pokazali nam czym jestt prawdziwy patriotyzm. W czerwcu mamy nadzieję uda się zorganizować kolejny wyjazd, może na kilka dni dłużej, może uda się odwiedzić kilka innych instytucji. 

Jeśli, ktoś z Was chciałby gdzieś wyjechać, ale nie wie gdzie to polecam Lwów serdecznie. Jedyne wymaganie to tak naprawdę ważny paszport. Do Lwowa nie musicie zabierać dużo rzeczy ze sobą, większość spokojnie dostaniecie na miejscu i to w niższych cenach. Walutę proponuję wymienić Wam poza granicami Polski, kurs jest o wiele lepszy. 
Opowiadałam w tym poście o osobach, z którymi się spotykaliśmy, o innych uczestnikach. Postanowiłam jednak nie dodawać tutaj zdjęć, na których jest ich wizerunek. Jeśli będziecie chcieli, to te zdjęcia są dostępne w internecie i myślę, że wystarczy wpisać 3 słowa klucze i one wyskoczą.  Proszę, abyście to uszanowali :)

Copyright © Melka blogerka , Blogger