Odkryłam sekret influencerek!


W pierwszym wpisie w tym roku zapowiedziałam Wam, że za tydzień opublikuje wpis-petardę. To jest właśnie ten wpis. Nie wytrzymałam. I nie, nie wytrzymałam w rozumieniu, że nie mogłam się doczekać, ale nie wytrzymałam do końca prowadzonego przez siebie "eksperymentu". Uważam, że i tak wiele się dowiedziałam i chciałabym się tym z Wami podzielić.

Ale po kolei, od początku... Jakiś czas temu zaczęłam obserwować na Instagramie Joannę @joannazprojektu, która wraz z Olgą @olgazprojektu i Magdą @ta_sarenka prowadzą Instaprojekt (projekt, w którym edukują, jak działać na Instagramie, dają różne cenne wskazówki, pomagają rozwiązywać małe i większe problemy związane z platformą). Niedawno z resztą sama do Instaprojektu dołączyłam i jeśli nadal trwa rekrutacja (a ta uwierzcie odbywa się dosyć rzadko) to serdecznie zapraszam Was do dołączenia, bo naprawdę warto.

Joanna! Do dzisiaj pamiętam pogadankę na stories u Joanny na temat tego, że nie warto dołączać do grupek wsparcia. Zresztą Joanna napisała również o tym wpis na stronie projektu - Dlaczego odeszłam z grupek wsparcia?, który sobie możecie przeczytać. Nie jest on długi, przygotowany jest w formie kilku plansz złożonych w karuzelę. Joanna opowiada w nim, jaki wpływ na nią i na jej profil działanie w takich grupkach miało. Ona wytrzymała kilka miesięcy w takiej grupie, ja 4 dni i o 4 za dużo.


Skoro wiedziałam, jakie konsekwencje uczestnictwo w takich grupach niesie, czemu do nich dołączyłam?

No i powoli dochodzimy do clou sprawy. Na grupki wsparcia trafiłam całkiem przypadkiem. U jednej z osób, które obserwuję w oznaczeniach posta, znalazłam oznaczenie, które sugerowałoby, że jest to profil w jakimś stopniu związany z presetami do Lightrooma. Profil był prywatny, ale kliknęłam przycisk Obserwuj. Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy nagle z tego profilu dostałam w DM-ach wiadomość, o jakimś regulaminie, jakichś serduszkach w zakładce, ale zdecydowałam się dołączyć z ciekawości. Oprócz tego jednego zaobserwowałam również 2 inne profile, których nazwy na pierwszy rzut oka, w ogóle z taką działalnością nie były związane, bardziej sugerowały, że można z nich nauczyć się obsługiwać jakieś aplikacje do edycji zdjęć albo są po prostu profilami z inspiracjami. Domyślam się, że zabieg ten stosowany jest pewnie dlatego, aby nikt kto zajrzy w oznaczenia u biorących udział osób, się nie połapał.

Kiedy moje prośby o dołączenie zostały zaakceptowane i zaczęłam przyglądać się bliżej działalności tychże grup byłam nie tyle, co coraz bardziej zszokowana, ale wręcz powiedziałabym, że zażenowana.  Nawet nie wiecie, ile spotkałam w nich osób, których profile w jakimś stopniu były dla mnie wzorem do naśladowania. Poczułam się wówczas jakbym dostała obuchem w głowę. Zrobiło mi się cholernie przykro. Wydawało mi się, że te osoby zgromadziły sporą zaangażowaną społeczność wokół siebie, dzięki swojej ciężkiej wieloletniej pracy, systematyczności. Tymczasem prawda okazała się zupełnie inna. Poczułam się oszukana i w to taki okropny sposób. Okazało się, że to wszystko to tylko fikcja. 

Co więcej, powiem Wam, że te osoby takim działaniem oszukują nie tylko innych, swoich obserwatorów czy reklamodawców, ale przede wszystkim siebie. Sama wiem, po tych kilku dniach, że o wiele bardziej cieszy mnie jedno serduszko czy jedna obserwacja, ale szczera, a niżeli tysiąc pustych, klikniętych, bo tak nakazuje regulamin.

No właśnie regulamin. Każda ta grupa działała praktycznie na tych samych zasadach: zaobserwuj X kont administratorek czy organizatorek (jak zwał tak zwał), nadrób zakładkę z oznaczeniami 24h wstecz (łatwy sposób na blokadę, jeśli ktoś się zapędzi i nie będzie przestrzegał limitów Instagrama), dopiero potem możesz oznaczyć swoje zdjęcie (zazwyczaj 1 dziennie, nie starsze niż 24h, chociaż na jednej grupie można było oznaczyć nie starsze niż 1h). Codziennie musisz klikać każdemu lajka (znowu łatwy sposób na bana, a po drugie ogromny zjadacz czasu). Nad wszystkim czuwały administratorki/organizatorki. Jeśli ktoś nie klikał tych lajków to dostawał ostrzeżenie, 3 ostrzeżenia skutkowały wyrzuceniem z grupy. Zniwelować je można było przez zaproszenie kolejnych osób, a jeśli komuś udało się zaprosić te osoby, a nie miał ostrzeżeń to był gratyfikowany dniem wolnym. Często te ostrzeżenia oznaczały wyciągnięcie osoby na świecznik i na stories grupy liczącej kilka tysięcy napisanie, że ktoś popełnił jakieś przewinienie. Jeśli ktoś akurat nie mógł być aktywny i lajkować mógł zgłosić uwaga... urlop. Jeśli dostał bana, również musiał to zgłosić wyższej władzy, która prowadzi tabele, czy ktoś jest aktywny, czy nie. Wyobraźcie sobie, ile ta kontrola czasu musi zajmować tej całej administracji czy organizacji. Nie do pomyślenia. W ogóle te nazwy: lista aktywności, urlop, dzień wolny w ramach nagrody to brzmi, jakby każdy uczestnik był jakimś pracownikiem.

Ja wytrzymałam 4 dni i to były 4 najgorsze dni w moim życiu. To, że ja musiałam być przyklejona praktycznie całymi dniami do telefonu, to było okropne. Czułam się jak niewolnik, dosłownie jak niewolnik. W planie miałam, aby pociągnąć to przynajmniej cały tydzień, najlepiej cały miesiąc, aby zobaczyć, jakie to przyniesie skutki, czy faktycznie można się na tym wybić, jak to mówią osoby zachęcające do dołączenia, ale przepraszam, nie wytrzymałabym ani dnia dłużej w tym syfie.


Efekty eksperymentu

Po tych 4 dniach, kiedy publikowałam posty i lajkowałam w tych grupach zauważyłam, że owszem tagowane posty zamiast 100 serduszek, w krótkim tempie zbierały ich od 500 do 1000. Komentarzy pod nimi pojawiło się zaledwie kilka, w dużej mierze wydaje mi się, że są to komentarze od dziewczyn z Instaprojektu, które są przecudowne i można z ich strony liczyć na nawiązanie jakichś relacji, a nie tylko ślepe klikanie. Liczba komentarzy więc nie wzrosła prawie wcale, za to zwiększyła się liczba zapisów i każdy z 3 postów + 1 rolka zgarniały ich po ok. 20. Liczba obserwujących również nieco wzrosła, ale znowu są to raczej osoby z Instaprojektu aniżeli z tych grupek. Myślę, że te akurat można policzyć na palcu jednej ręki. Niewiele zmieniła się również grupa odbiorców moich stories. Wszystkie zmiany dotyczą tylko postów czy rolek.

Co więcej, grzebiąc w statystykach profilu, można zauważyć, że zmieniła się moja grupa odbiorców postów z takich bardziej lokalnych na odbiorców z innych regionów Polski, głównie z Warszawy, chociaż wcześniej te regiony praktycznie były niewidoczne, a tutaj nagle ogromna zmiana i przodują. Zmieniła się również grupa wiekowa z osób 18-24 na osoby 25-34, co faktycznie pokrywa się z moimi obserwacjami, że takie osoby dodawały swoje posty z oznaczeniami.

W trakcie udziału nagle również wzrosło zainteresowanie zapraszaniem mnie do różnych grup wymieniających się komentarzami, czy wyświetleniami relacji (takie istnieją odrębnie) oraz do eventów follow. Swoją drogą ciekawa koncepcja na nazwę - follow event. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie wymiana obserwacjami eventem nie jest, dla mnie eventem mogą być urodziny, ślub, spotkanie blogerek, impreza firmowa, festyn z okazji dożynek, ale nie wymiana obserwacjami. Takimi propozycjami byłam wręcz zasypana. 

Początkowo miałam nawet w planach przyjrzeć się bliżej działaniu takiego eventu, ale w ostatnim momencie zrezygnowałam. Nie odkopałabym się chyba z tych obserwacji przez długi czas.


Każdy ma swoje sumienie

No właśnie każdy ma swoje sumienie i nic mi do tego, jak ktoś funkcjonuje w Internecie, ale apeluję do osób (jeśli trafiły na ten post), które są uwikłane w takie grupy wsparcia (chociaż według mnie te grupy w ogóle nie powinny się tak nazywać, bo ze wsparciem to nie ma zbyt wiele wspólnego) przeczytają post Joanny. Może Wam się teraz wydaje, że Wy nie robicie nic złego, że to tylko niewiele znaczące lajki, które pomogą Wam się wybić, że nie robicie nic złego, nikomu nie wyrządzacie krzywdy, ale tak nie jest. Największą krzywdę wyrządzacie sobie w tym momencie, jeżeli faktycznie chcecie wiązać swoją przyszłość z działaniem na Instagramie.

Owszem będziecie mieli te lajki, może te Wasze posty pojawią się gdzieś w Eksploruj, może ktoś Was nowy zaobserwuje, ale co z tego? Z dużym prawdopodobieństwem, będzie to ktoś, kto będzie niezbyt aktywny na Waszym profilu, ktoś, kto zrobi to tylko dla obserwacji zwrotnej od Was. Z czasem po cichu Was odobserwuje.  Będziecie mieli te lajki, follow, ale nadal nie będziecie mieć grona realnej, zaangażowanej społeczności, która zostanie z Wami na dłużej i będzie nawet wtedy, kiedy nie będziecie oznaczać tych profili. Co, kiedy to się skończy i zamiast 1000 lajków Wasze posty będą mieć tych lajków niecałe 100? W każdym takim wpisie będziecie ukrywać te małe liczby lajków i nie pokazywać, że jest coś nie tak?

Kiedy to się wszystko zakończy, możecie zapłacić srogą cenę, tak jak Joanna i Wasz profil może się jeszcze gorzej pozycjonować, niż pozycjonował się przed dołączeniem do tych grup, a to chyba nie o to chodziło.

Jeżeli zależy Wam na współpracach, pomyślcie sobie, jak wypadniecie w oczach reklamodawcy, kiedy to się wyda, że te serduszka nie mają przełożenia na rzeczywistość? Wydaje mi się, że reklamodawcy stają się coraz bardziej świadomi i na dłuższą metę takie kłamstwo nie da rady. To, że te oznaczenia dodajecie dopiero w ostatnim poście w karuzeli, może nie wystarczyć, jeśli traficie na naprawdę doświadczoną osobę z marketingu.

Kolejna kwestia... Pomyślcie, ile czasu dziennie Wam to udzielanie się w takich grupkach zabiera. Czy nie lepiej poświęcić go na tworzenie wartościowych treści i ich promocję innymi kanałami? Ja po 4 dniach czułam się wykończona i potrzebowałam resetu. Czułam się, jakby przejechał po mnie czołg. Wy nie czujecie się przemęczeni?

Czy naprawdę warto tak ryzykować? Czy warto ryzykować własnym zdrowiem, relacjami z realnymi obserwatorami, z marketingowcami, własnym profilem budowanym od lat? Raz utracone zaufanie, trudno potem odbudować.

Ja wierzę w to, że Wy nie macie złych intencji. Dużo osób marzy może nie o sławie, ale o tym, aby zarabiać godne pieniądze, co w dzisiejszych czasach praca w Internecie może zagwarantować, ale wymaga to wcześniej sporo wysiłku i czasu, ale nie czasu wykorzystywanego w taki sposób.

A słowo do osób nie biorących udziału w tym procederze brzmi: nie warto wierzyć we wszystko to, co widzicie w Internecie. Ja się o tym boleśnie przekonałam.